Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gusia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gusia. Pokaż wszystkie posty

14 czerwca 2015

Reaktywacja na zakończenie weekendu

Zdaję sobie sprawę, że trzymiesięczna nieobecność w Sieci, to bardzo długa przerwa. I w zasadzie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - miałam mnóstwo wolnego czasu, który spędziłam wśród zwierząt, więc - przynajmniej w teorii - pisać powinnam. Mam nadzieję, że długie milczenie nie przepłoszyło ostatecznie czytających bloga i z ciekawością zajrzycie w nasze blogowe kąty.

Na koniec marca miałam wypadek, w wyniku którego złamałam rękę. Zaraz po tym, gdy usłyszałam, że przez 6 tygodni będę miała unieruchomioną rękę w gipsie, zaczęłam się zastanawiać, czy uda mi się założyć i zapiąć psie szelki jedną ręką. Udało się i udawało kilka razy dziennie, ale główna w tym zasługa anielsko cierpliwej Sary. Zresztą zwierzęta w żaden sposób nie odczuły negatywnie mojej jednoręczności - korzystały za to intensywnie z tego, że długi czas przebywałam w domu.

Świąteczne dni, niezbyt atrakcyjne - jeśli pamiętacie - pogodowo,  spędzaliśmy na przykład tak:


I tak:


Codzienne poranne spacery przynosiły nam wiele radości. Sarze nawet udało się znaleźć marchewkę, którą wzgardziły policyjne konie:


Pewnego razu zrobiłyśmy próbę, która kosztowała mnie mnóstwo nerwów, i okazało się, że Sara może chodzić bez smyczy. Oczywiście wyposażona jest w adresówki, jest też zachipowana, ale i tak największą radość daje mi fakt, że wraca, gdy ją przywołam i ogólnie - mimo radosnej eksploracji - trzyma się blisko.




Zwiększona ruchliwość Sary wywołała u niej niemalże natychmiast bóle stawów, ale psica dostaje środki wspomagające i hasa jakby nie miała jedenastu lat.

Okazało się co prawda, że w tym roku nasze miejsce spacerowe w szczególny sposób upodobały sobie dziki, co nieco komplikuje poruszanie się po parku i spowodowało już naszą kilkukrotną ucieczkę. Dziki chodzą tam, gdzie chcą i nawet omijanie miejsc, które - jak wieść niesie - szczególnie lubią, nie daje żadnej gwarancji na to, że się ich nie spotka; zapuszczają się nawet w okolice linii tramwajowych. Widziałam kilka, słyszałam o kilkunastu, ale dziś - w towarzystwie innych spacerujących/rowerzystów - dane mi było spotkać stado złożone z kilkudziesięciu sztuk dzików w różnym wieku. Rezygnacja ze spacerów w parku niewiele zmienia, bo w zaroślach koło osiedlowego kościoła też zamieszkała locha z potomstwem.


W maju minęły trzy lata od chwili, w której do Kociokwika trafił rozwrzeszczany Wojtek. Mężnieje z dnia na dzień, staje się coraz bardziej kocurem. Zobaczcie:




W ramach opisywanej wcześniej akcji "czyszczenie pyszczydełek kocich" do PanDoktora po raz drugi trafiła Sisi. Tym razem usunięte zostało wszystko, co trzeba i kotka powoli doszła do siebie - je już także suchą karmę. Przy okazji, zupełnie przypadkiem, podczas rozmowy z koleżanką udało mi się wyjaśnić tajemnicę brzydkiego wyglądu Sisuleńki. "Ona się nie myje, bo brzydko jej pachnie z pyszczka" - usłyszałam i nagle zrozumiałam wszystko. Zaczęłam pucować Sisi, często ją czesać i kotka wygląda o niebo lepiej. Prawda?




Gusia zachwyciła się nowym wystrojem balkonu i często zdarza się, że spędza tam całe dnie. Miewa również napady czułości objawiające się głównie tym, że przez pół nocy chodzi mi po twarzy, liże mnie w powieki chcąc zachęcić do otwarcia oczu oraz - już nieco zrezygnowała - wplątuje się w moje włosy i zasypia na poduszce tworząc z siebie mocno grzejącą czapeczkę. Pozostaje także wierna "koszykom na koty", po kolacji biegnie do jednego z nich i w nim zasypia.




Nusia uznała, że otoczenie poduszki jest najlepszym miejscem na nocny odpoczynek i już wieczorem układa się tak, by padało na nią światło nocnej lampki. Zazwyczaj całą noc przesypia tuż obok mojej głowy, choć zdarza się i tak, że zajmuje inne miejsca do spania.




A w następnym wpisie (tym, który nastąpi szybko) opiszę Wam... Ech, kto się nie może doczekać informacji kogo opiszę, niech zajrzy TU.

2 marca 2015

Gusia


I znów uskuteczniałam głodzenie kotów. Jeść dostały dopiero w południe, gdy Z. przyjechała, żeby zabrać Gusię do PanDoktora. Ponoć zapakowanie Gusi do transportera trudne nie było, za to nieco kłopotliwsze okazało się jej znieczulenie przed zabiegiem. Ale Ciocia wsparła PanDoktora trzymając Gusię i koteczka usnęła.

Stan jamy pyszcznej lepszy niż u Sisi, więc kolejna wizyta kontrolna za pół roku. Część zębów usunięta, a przy okazji pobrana do badań krew i zerknięcie przy pomocy USG do kocich wnętrzności (i znów musi brzuch zarastać, bo został ogolony).

Gusia drogę do domu przebyła spokojnie, a pobrudziwszy nieco ręcznik, którym wyłożony był transporterek, obraziła się na to brudne i przyległa całym ciałkiem do wyjścia z transportera, żeby się nie powalać. 

Po wyjściu na wolność nakrzyczała na ciekawską Sarę, pacnęła dla porządku Wojtka, zajrzała do miski i stwierdziła, że może jeść będzie później.

P.S. W środę Nusia.
P.S. 2. Za oknem szaleje burza z piorunami i nie możemy iść z mamutkiem na spacer. Nie uwierzyłabym w tę marcową burzę, gdybym nie widziała...

23 lutego 2015

Gusia

Dziś mija 7 rocznica dnia, w którym Gusia zamieszkała w Kociokwiku. Wybrana przez Z. na stronie internetowej schroniska, dołączyła do Sisi w sobotni poranek. Burczała gniewnie na próbę głaskania i jednocześnie drapała po nogach domagając się jedzenia. Uciekała przed zainteresowaniem człowieka, ale gdy nastała noc ułożyła się na kołdrze pod którą spałam i tkwiła na niej jak plasterek.


Gusia dzisiaj nadal burczy gniewnie, gdy biorę ją na ręce. Obrażeniem reaguje na psią natarczywość. A jednocześnie zdarza jej się o poranku przyjść wtulić się we mnie i trącać mnie mokrym nosem, żeby przypomnieć, że ona tu jest, że mam nie zasypiać, tylko ją głaskać.

Ma swoje ulubione smaki i zwyczaje. Zagrzebuje jedzenie, na które nie ma chęci, pije wodę z wysokiego kubka trzymając w nim łapkę, chętnie je ryby, a nie nie tknie nabiału, za którym przepadają inne kotki.

Jest kotkiem obowiązkowym - gdy spóźniam się z podaniem kolacji patrzy na mnie wielkimi okrągłymi oczyma zdumiona, że lekceważę upływający czas. Zawsze o tej samej porze kładzie się spać i tylko na śniadania przychodzi grymaśnie; czasami tak bardzo zagrzebie się w koc i tak mocno przytuli do kaloryfera, że podejmuje decyzje* o rezygnacji z jedzenia na rzecz wygody.

Oby w zdrowiu żyła jak najdłużej...

* Oczywiście, że koty podejmują decyzje.

19 lutego 2015

Wszak świętujemy codziennie


17 lutego nie dałam kotom do jedzenia nic wykwintnego. Nie poczęstowałam ich smakołykiem, nie bawiłam się z nimi uciekającym światełkiem, piłką, czy myszkami. 17 lutego po wizycie u lekarza zaległam w łóżku, przygarnęłam kociaste i zapadłam w sen. Było ciepło, przytulnie, mrucząco i miło. Mam nadzieję, że Kociokwiki okazały się być zadowolone:-)

Skończyły się ferie, wrócił nasz PanDoktor i wkrótce zaczniemy akcję zębową kociastych. Ale póki co - korzystamy z zimowej aury spacerując z mamutkiem i ciepłych kaloryferów z kotami. Szczególnie Sisi jest pocieszna w tym zakresie, mości się na żeberkach kaloryferowych, przekłada, a gdy już brzuch ma bardzo, bardzo gorący decyduje się zejść balansując na szczebelkach łóżka i podpierając na parapecie.

Nusia za to lubuje się ostatnio w spaniu tuż obok mojej głowy, tuż przy poduszce. Zamienia się w kuleczkę, a ja z przyjemnością albo wtulam w nią nos, albo podkładam pod nią dłoń. Wtedy Nusia włącza burczenie, a ja momentalnie zasypiam.

Wojtuś co wieczór urządza galopady po drugim pokoju. Czasami dołącza się do niego Nusia, bywa, że i Sara biegnie się rozejrzeć. Trochę mam wtyrzuty sumienia, że nie mam czasu się z nim bawić. A z drugiej strony - sytuację ratowałby mały kot, którzy szalałby z Wojtkiem, ale już nie możemy zaprosić do Kociokwika kolejnego zwierza.

Sara ma swoje humory - jednego dnia spacerujemy daleko i cieszymy się nietkniętym śladami stóp/łapek połacią śniegu i słońcem, innego wędrujemy trasą niemalże najkrótszą z możliwych, bo pies chodzić nie chce. Na podłodze przed łóżkiem wylądował barwny dywanik, bo Sara nie zawsze miała nastrój do tego, by spać na legowisku, a nie chciałam jej zmuszać do spania na gołej podłodze. No i przepięknie się teraz na tym dywaniku wyciąga:-)

A Gusia? Gusi będzie poświęcony kolejny wpis, już niedługo.

Tym, którzy mimo długotrwałych przerw w pisaniu nadal nas odwiedzają ślemy kocie mruczanki i psie merdanie ogonem :-)

4 lutego 2015

Szczepienia, gonitwa, goście i wadliwa szekla

Nadszedł czas na to, by zaszczepić koty. Po uzgodnieniu z PanDoktorem zarezerwowałam termin trzech kolejno przypadających wizyt, a przy życzliwym wsparciu ciotki Z. zapakowałam kociaste do 3 transporterów (Nusia i Wojtek do jednego) i wyruszyliśmy.

Jako pierwsza na wagę i stół trafiła Gusia (waga – 4,85 kg). Obsyczała PanDoktora, nie dała się dokładnie osłuchać mrucząc gniewnie, ale z badania i oglądu kota została zakwalifikowana jako gotowa na szczepienie. Próbowała mnie ugryźć w trakcie, ale już po – mruczała nadal gniewnie z transportera.

Sisulka też się nie dała osłuchać. Ona jeszcze bardziej niż Gusia, bo o ile Gusia warczała tylko na wydechu, Sisi mruczała, zwyczajem kocim, na wdechu i na wydechu, uniemożliwiając PanDoktorowi  wsłuchanie się w kocie wnętrzności. Sisulka waży podobnie jak Gusia, temperaturę ciała miała odpowiednią, więc też została zaszczepiona.

Kolejnym kotem ważonym, badanym i szczepionym był Wojtuś. 4 kilo zdrowego, błyszczącego, ciekawskiego i lekko spłoszonego kota. Oczywiście na moje obawy, że Wojtek jest nieco za chudy usłyszałam, że jako jedyny z Kociokwika ma wagę prawidłową. Ups…

No i Nusia… Nusia, która w domu pokazuje wyraźnie że sobie nie życzy różnych takich, która gryzie, drapie i syczy, och jak syczy, u PanDoktora zamienia się w zmartwioną kulę (bo nie kulkę, umówmy się) nieszczęśliwego futra, waży 6,8 kg i choć do szczepienia się zakwalifikowała ma do pilnego zadbania oczy i zęby (o zębach za chwilę). Tym, którzy nie towarzyszą nam od początku, przypomnę, że Nusia jako kociątko walczyła z kocim katarem, w wyniku którego, do dziś, sprawność jednego z oczu jest lekko upośledzona. Sukcesem jest to, że Nusia ma obydwoje oczu.

Co do zębów. Gusia i Sisi muszą mieć usunięte wszystkie zęby, Nusia ma mieć wyczyszczone i ewentualnie usunięte te, które będzie trzeba, Wojtkowi trzeba zęby przeczyścić, szczególnie z jednej strony. Nie wiem jeszcze jaki będzie koszt zabiegów, ale przewidując przyszłość już dziś proszę Was o wsparcie poprzez robienie zakupów przez baner Zooplusa (o ile robicie w tym sklepie zakupy); raz na kwartał na moje konto wpływają kwoty, które – choć niewielkie – są zawsze dodatkowym zastrzykiem gotówki. Dziękuję za dotychczasową pomoc :-)

Po powrocie do domu zwierzyniec (łącznie z psem) dostał na kolację wątróbkę. Och, jakie się rozlegało mlaskanie…

Sara oczywiście protestowała przeciwko zostawieniu jej w domu. Skoro zabieramy wszystkie koty, to na pewno wybieramy się w jakieś ciekawe miejsce. I ona też by chciała. Bardzo, bardzo.

Ostatni weekend – niespodziewanie słoneczny – spędziłyśmy z Sarą na kilku długich spacerach.


Nawet koty (głównie Gusia, jako że to ona w Kociokwiku jest kotem zimnolubnym) zwizytowały balkon. Podczas jednego ze spacerów trafiłyśmy z Sarą na wybieg, na który niedługo po nas przyszły inne psy ze swoimi ludźmi. Rzadko się nam zdarza taka gratka, przeważnie jesteśmy w parku za wcześnie albo zbyt późno, więc Sara korzystała ile wlezie. Oczywiście, korzystała po swojemu, czyli robiąc porządku wśród ganiających się psów. Umęczyła się podczas tych gonitw tak bardzo, że w stronę domu szła bardzo wolno, niemalże ciągnąc nogę za nogą.



Podczas wcześniejszego weekendu gościliśmy moją Siostrę i jej Córkę. Gdy przygotowywałam im łóżka koty aktywnie mi pomagały, a Nusia spędziła cały wieczór schowana w rozkładanym łóżeczku H.. Po przyjeździe dziewczyn Zwierzyniec był mniej przyjazny. Owszem, Sara pozwalała się głaskać H., i nawet dała się I. wyprowadzić na spacer (bardzo krótki, wiodący trasą, którą wybrał pies i realizowany także w tempie narzuconym przez psa), ale koty nie pozwalały się H. głaskać, aż rozżalona zapytała, czy któryś z moich kotów lubi głaskanie. Tylko Gusia ładowała się I. na kolana.

Dwa dni temu zepsuła się nam smycz. Nigdy bym nie przypuszczała, że może się zepsuć i to w takim dziwnym miejscu. Pętla (szekla), którą spinam smycz z szelkami wysunęła się z oczka i została przy szelkach, a smycz – w moich rękach.

Na szczęście na stronie producenta zestawu, który mamy, są nadal takie smycze do jakich jesteśmy przyzwyczajone (Sara dostała je od sali.pl na nową drogę życia) i to w rozsądnej cenie.

Gdy patrzę na nasze Kociokwikowe życie codziennie, wydaje mi się, że nie dzieje się nic atrakcyjnego, godnego opisania. Jednak koleżanki, które na początku uprzejmie, a później z coraz bardziej słyszalnymi pretensjami nakłaniają mnie do pisania, uświadamiają mi, że nie zawsze musi dziać się coś atrakcyjnego, by pisać. Czasami wystarczą dwa słowa i jakieś zdjęcie, które - gdy zajrzę na bloga po kilku miesiącach, czy latach - przywołają wspomnienia.

7 stycznia 2015

Nowinki

Nowy Rok przywitaliśmy na spokojnie. Tuż przed 22 ostatniego dnia minionego roku rozejrzałam się po sypialni i widząc zwierzyniec pogrążony w głębokim śnie, zgasiłam światło i zasnęłam. Ocknęłam się co prawda o północy, z powodu fajerwerków, ale natychmiast zasnęłam na nowo - nie wiem nawet, czy Gusia swoim zwyczajem zasiadła na parapecie, by oglądać widowisko.

Mnóstwo wolnych chwil spędziliśmy leniwie, w cieple i aktywnie podczas spacerów z Sarą. Tej ostatniej staram się zapewnić spotkania z innymi psami (mam wrażenie, że trochę jej brakuje towarzystwa), mimo tego, że gdy ostatnio udało się nam na wybiegu spotkać z miłą, młodą haszczanką, to obydwie panny pokłóciły się o wygrzebaną w śniegu piłeczkę. Trochę strasznie patrzeć na kłócące się psy...

Z Nowym Rokiem zachciało mi się zmian i postanowiłam, korzystając z dni wolnych, wyremontować sypialnię. Koty, a szczególnie Nusia i Wojtek, oszalały ze szczęścia uznając, że folia przykrywająca meble jest wyłożona specjalnie dla nich. Wieczorami, w wyciszonym z hałasu dziennego domu, słychać było szelest, tupot radośnie podskakujących kocich stóp, pokrzykiwania pełne zachwytu.

Nie obyło się bez niespodzianek. O ile Sara, mimo aktywnego towarzyszenia mi podczas machania pędzlem, nie zmieniła barw, tak Nusia - mimo mojej wielkiej ostrożności i nadaktywnego porządkowania po sobie miejsca pracy, nabrała delikatnej poświaty w kolorze ścian.

Zarówno mnie, jak i Sarę, uciszyło bardzo ochłodzenie. Śnieg i mróz to idealna pogoda dla pieski, więc korzystałyśmy ile się dało. Owszem, po zapatrzeniu się na uroki przyrody, zaspacerowaniu, które nagle z krótkiego przerodziło się w ponad dwugodzinne dreptanie, Sara padała na legowisko (a czasami próbowała na łóżko) i chrapała aż miło. 

A skoro już o łóżku. Kiedy Sara dołączyła do kociokwika marzyłam o dniu, w którym dane mi będzie zobaczyć jak śpi między kotami. A teraz, gdy już się tak zdarza, bezlitośnie zganiam ją z łóżka. Ech, dziwność;-)

Nie mam noworocznych postanowień związanych z kociokwikiem - dbałość o nie i ich dobro jest przecież oczywista, a co więcej - jest przywilejem:-)

24 grudnia 2014

Przedświąteczne porządki

Dziś jest specyficzny dzień. Od kilku dni myślimy tylko o wigilijnym wieczorze, w myślach przepowiadamy sobie listę rzeczy do kupienia i zrobienia, zastanawiamy się, czy wszystko już jest, by zacząć świętować. Odhaczamy - umyte okna, wyprasowane sukienki, zapakowane prezenty, upieczone makowce i ulepione pierogi. No i jeszcze ustrojona choinka, świąteczne radio brzęczące w tle i opłatek na przykrytym śnieżnobiałym obrusem stole. 

Przed świętami robimy to, co wygląda ładnie i co sprzyja temu, żeby nasze mieszkanie wyglądało czysto i porządnie. Zmieniamy firanki, obrusy, pościele, przeglądamy różne szpargały i wyrzucamy te niepotrzebne, robimy czystkę w księgozbiorach, szafach i oddajemy to, co nam zbędne. Niektórzy od szpitali oddają seniorów rodzin, inni wyrzucają z samochodów psy lub, co gorsza, uwiązują je do drzew podczas spaceru. Są i tacy, którzy w ramach pozbywania się kłopotów pod schroniska w kartonach, reklamówkach, transporterkach przynoszą koty. Bo może o jeden raz za dużo zainteresowały się błyszczącą bombką na choince lub postanowiły posmakować karpia w galarecie?

Nie wiem czemu Gusia w Wigilię 2007 roku trafiła za schroniskowe kraty. Ważne jest, że trafiła. Zdziczała z nerwów została wzięta za chłopaka i nadano jej imię Wilguś. Gdy okazało się, że to jednak dziewczynka, zmienione jej imię na Wilgusia. Zmiana imienia niewiele zmieniła w pozostałych elementach sytuacji. Gusia z wygodnego, domowego posłania trafiła do klatki, w której ze strachu atakowała ręce człowieka sprzątające kuwetę, czy podającego jedzenie. Syczała, gryzła, a stres robił swoje - matowiała jej sierść, chudła; a że nie było chętnych do tego, by dać dom dzikusowi, to - bez człowieka - dziwaczała coraz bardziej, niemalże z godziny na godzinę.


Dziś, w ten specyficzny dzień, którym zaczynamy świętować Narodziny Chrystusa, życzę zwierzętom, by nie były porzucane. By każde z nich miało swoją poduszkę, pełną miskę, ciepłą dłoń życzliwego i troskliwego człowieka. Aby stały się Ważne, by w naszych ludzkich myślach przestały być "rzeczą", a stały się członkiem rodziny, by ich obecność nadawała naszemu życiu sens.

Wy również przyjmijcie życzenia.

13 grudnia 2014

W grudniu, wczesnym wieczorem...

Tuż obok łóżka rozlega się chrapanie Sary. Na kołdrze zawinięta w kłębek śpi Nusia. Tuż obok, w koszyku, Gusia, na drapaku Wojtuś. A Sisi... Sisi w łazience, na koszu na pranie, blisko kaloryfera. W przedpokoju świąteczne lampki, w tle radio jazzowe z Nowego Orleanu, a pod ręką dobra herbata. Prawda, że sielanka?

Piotruś pojechał do nowego domu w minioną niedzielę. Zamieszkał z kilkumiesięczną koteczką, chętną do zabaw i szaleństw. Ponoć już się dogadują.



U nas spokojnie. Sisi przez chwilę męczyły dolegliwości żołądkowe, ale już jest wszystko dobrze. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam poza pracą, więc miałam nieco więcej czasu i dla siebie, i przede wszystkim dla zwierzaków. Więcej spacerów i to spacerów w blasku dnia, więcej czasu na myzianie, ale też obcinanie pazurków, czyszczenie uszu i czesanie. 

Lubię te wieczorne posapywanie zwierzyńca, moment, w którym wiem, że jest dobrze, zdrowo i bezpiecznie. Grudzień, jak chyba żaden inny miesiąc w roku, sprzyja tęsknotom za takim stanem. Zbliżające się Boże Narodzenia skłania ku refleksji i myśleniu o tych, których już z nami nie ma. Ale o nich kiedy indziej, jeszcze nie dziś... Dziś cieszmy się byciem ze sobą w takim gronie w jakim jesteśmy. I myślmy o tym, jak uczynić świąteczne dni specjalnymi także dla zwierzyńca.

26 listopada 2014

Bez zmian, choć...

miesiąc już minął. A może jednak trochę się zmieniło? Na pewno wszyscy jesteśmy starsi o miesiąc :-) 

Piotruś odwiedził weterynarza i w związku z tym kocur jest już kompletnie gotowy do adopcji - zaszczepiony, wykastrowany, z wynikiem FelV-. PanDoktora odwiedziła też Sisulka i to nie zaplanowane czyszczenie paszczy, a na badania krwi. Zrobiło się jej jakoś mniej i bałam się, że operacja może okazać się zbyt dużym wyzwaniem dla jej organizmu. Moje przeczucia okazały się mieć podstawy medyczne - Sisi waży 4,6 kg, ma nieco mniej mięśni niż miała wcześniej, a badanie wykazało - o ile dobrze zrozumiałam - że ma kłopot z przyswajaniem i utrzymywaniem wartości odżywczych pokarmu. Potrzebne są dodatkowe badania, tym razem moczu.

Wojtuś, w towarzystwie Piotrka, rozkwita. Ganiają się przed świtem i popołudniami i mimo, że niby nie zaprzyjaźnili się wyjątkowo mocno, to zdecydowanie widać obszary wspólnych zainteresowań. 

Gusia funkcjonuje w stanie z lekka obrażonym, być może nieco więcej niż zazwyczaj. Od kilku dni nie przychodzi do kuchni na poranne jedzenie, ale na szczęście wieczorami jest zawsze. O, własnie - to jest nowość. Po porannym spacerze, kiedy karmię psa, zapraszam na śniadanie także koty. Wrzucam im do misek małą puszkę bardzo dobrej mięsnej karmy, a na parapecie - poza psim zasięgiem - zostawiam suche w miseczce. Musi im to wystarczyć do mojego powrotu z pracy.

Najciekawsza jest obserwacja relacji - wciąż się rozwijających in plus - między Piotrkiem i Sarą. Psica jest jedynym zwierzęciem w domu, które podporządkowuje się rudemu terroryście. Owszem gania go, podejmuje próby przepędzenia go z moich kolan, czy w ogóle z mojego otoczenia, ale on - tez jako jedyny - nie prycha na nią, nie ucieka, nie wysuwa pazurów i nie fuka obrażony. Co więcej - dziś zauważyłam, że Piotrek robi do Sary baranki i ociera się o nią. Nie wiem, która z nas miała bardziej zdumioną minę ;-)

Nusia bywa chwilami zazdrosna o uwagę Wojtka - przytrzymuje go wówczas i pucuje mu łepetynkę oczekując wzajemności. Burczy, układa się na moich rzeczach, dopomina się uwagi, a ja już zaczynam się cieszyć na dni wolne w grudniu - będzie czas na głaskanie, przytulanie i wspólne lenistwo:-)

P.S. Ludzi chętnych do zaadoptowania Piotrka proszę o kontakt :-)

28 października 2014

Jesiennie i z Piotrusiem

Dzień mija za dniem, a ja odliczam kolejne już nawet nie kartkami kalendarza, czy zakreślanymi kolejno dniami na karce kalendarza, a jedynie kocimi i psimi uśmiechami, głaskami, ciepłem, którym otaczają mnie zwierzaki i jesiennymi smakami.



Nusiowy brzuszek już w stanie dobrym, nie zarósł jeszcze sierścią, ale na to trzeba czasu. Podobnie jak na łapce Sary nie zarosło miejsce po wkuwanym wenflonie. Samopoczucie obydwie mają doskonałe i śladu po mało miłych przeżyciach nie widać na żadnej z nich.


Późnojesienne spacery, najczęściej z mgle, sprzyjają rozmyślaniom. Skończyłam słuchać kolejną książkę i póki co chodzę z Sarą wsłuchując się w dźwięki zamglonego parku, czy układającego się do snu osiedla.


Od soboty jest z nami nowy kot. Ma około 6-7 miesięcy, jest przepięknym myziastym, ciekawym świata i bardzo proludzkim kocurkiem. Trafił do mnie, ponieważ DT, z którego wywędrował do DS, jest aktualnie zajęty i istniała obawa, że Piotruś (bo tak ma na imię ów młodzieniec) będzie zbyt natarczywy wobec maleńtasa pomieszkującego w DT. Bo Piotruś, trzeba wam wiedzieć, jest kotkiem nieustraszonym, o silnym poczuciu własnego "ja" i przekonanym o tym, że świat cały powinien leżeć u jego przepięknych, puchatych stóp i bić mu pokłony. A jak świat nie wykazuje chęci, to Piotruś ów świat z lekka karci. Ot, nasyczy, gryźnie, pokaże, że to on jest ważniejszy i nie pozwoli się światu, a już osobliwie jego co słabszym jednostkom, poniżać brakiem uznania.


Piotruś został przywitany chłodno. Kociokwiki nie pierwszy raz mają nowe towarzystwo, nie pierwszy wiedzą, że towarzystwu trzeba pokazać jaka w domu panuje hierarchia. Nowością, i tym co budziło moje największe obawy, jest to, że to pierwszy tymczas od kiedy do Kociokwika dołączyła Sara, ale i tu udało się zwierzakom dogadać bez zwracania uwagi na moje obawy.


Bałam się też o Wojtka. On i tak jest dość wycofanym kocurkiem i faktycznie - pierwsze popołudnie spędził w nastroju nieco ponurym, jakby powątpiewając w moje do niego przywiązanie. Ale gdy go przytuliłam, naszeptałam do ucha różne tajemne słowa, Wojtek poczuł się pewniej. Najlepszym przykładem jego dobrego samopoczucia jest, moim zdaniem, scena, którą zobaczyłam wczoraj. Piotrek siedząc na drapakowej półce próbował sięgnąć bocianiego gniazda, na którym przycupnął Wojtuś. Ten drugi dobitnie wyjaśnił młodszemu koledze, że pewne miejsca są właściwe starszym kocurom i młodzieży do niech dopuszczać nie wolno.


Gusia jak zwykle ma w nosie wszelkie zawirowania domowe. Burczy gniewnie ostrzegawczo i żyje sobie szczęśliwym życiem abnegatki. Rano, po śniadaniu, dopomina się wsadzenia do szafy z ręcznikami, z której to szafy wychodzi, gdy wracam z pracy.


Sisi, no wiecie, Sisi jako Matka Stada jest nonszalancka i sprytna. Ilekroć wracam do domu ucieka mi na korytarz i biegnąc zagląda przez ramię (?), czy aby na pewno ją gonię. A ja gonię, bo jakże tu nie gonić swojej ukochanej koteczki:-)

P.S. Album z pozostałymi zdjęciami.

14 września 2014

Miewamy się dobrze

Nusia, mimo, że wciąż w kaftaniku, czuje się coraz lepiej. Poznaję to po tym, jakie awantury urządza, gdy zmieniam jej opatrunek. Owszem, nadal chodzi niepewnie i niechętnie, ale coraz bardziej kładę to na karb ubranka, do którego nie jest przyzwyczajona. We wtorek jedziemy na wyciągnięcie szwów. W czasie choroby, szczególnie podczas pierwszych dni, odmówiła jedzenia suchego pokarmu. Lubię się do niej przytulić, mruczy, przytrzymuje mnie łapką i próbuje wymyć mi twarz.

Nie pamiętam, czy o tym pisałam, ale czas już jakiś temu odkryłam, że Sisulce wypadły przednie, górne ząbki. Gdy się zamyśli, zapatrzy wypada jej z pyszczydełka język. Przedziwnie wygląda Królowa Kotów z jęzorkiem na wierzchu. A w ogóle - wśród upływających dni zapomniałam napisać, że 1 września minęło 8 lat naszego wspólnego życia. TU można obejrzeć zdjęcia z pierwszych miesięcy Sisuleńki w naszym domu. Piękny czas:-)


Wojtuś odkrył ostatnio, że można wskakiwać na regały. Zdumiewa mnie, że dokonał tego odkrycia tak późno - jest najskoczniejszym z kotów i spodziewałam się go pod sufitem już dawno. Dumny, acz niepewny, czy nie będę oczekiwała, że zeskoczy, spaceruje nad moja głową, na wysokości ok. 2 metrów. Traktuje to jako nowość, nie wpadł jeszcze na to, że można się tam po prostu położyć; na razie spaceruje:-)

Gusia, moja gniewna pantera, jest najspokojniejsza. Pierwsza przybiega do łóżka widząc, że już leżę pod kołdrą, dni słoneczne spędza na swoim krześle wyścielonym poduszką, na balkonie. Ostatnio, za każdym razem, gdy wracam z psem ze spaceru, kombinuje, żeby wybiec na korytarz (zamykany, na 6 mieszkań). Czasami jej się udaje - biegnie szybko na sam koniec i wącha, a brana przeze mnie na ręce burczy oburzona. Podobnych ucieczek próbuje Sisi.

Spacery z Sarą przypominają ostatnio zabawę w niespodzianki; ona narzuca tempo, czas i trasę spaceru:-) Nie chcę jej zmuszać, to przecież ma być głównie aktywność dla niej. Szczególnie na porannym spacerze widać, w jakiej jest danego dnia kondycji - czasami wracamy do domu po godzinie, czasami na tyle późno, że mam tylko dokładnie wyliczony czas na czynności przedpracowe. Jedyny kłopot z nią jest taki, że podczas spacerów wciąż szuka jedzenia i próbuje jeść to, co znajduje.

Od piątku będzie u nas moja Mama. Zwierzyniec będzie rozpieszczany na całego:-)

P.S. W zaprzyjaźnionym domu, będącym Domem Tymczasowym, na własny Dom czeka Piotruś. Komu skradnie serce?

25 sierpnia 2014

Sierpień gna jak oszalały...

Na Nusiowym brzuchu Ciotka Zu wymacała guzek. Czym prędzej udałyśmy się z Nusią do PanDoktora, który guzek potwierdził, zalecił guzka obserwację i jeśli nic się w guzku nie zmieni - usunięcie go z Nusiowego brzuszka razem z całą listwą mleczną. Umówieni jesteśmy na 5 września.

W pięknym dniu, 15 sierpnia, gdy tylko nasz PanDoktor wyruszył na upragniony urlop, pochorowała się Sara. Chorowała już podobnie zimą, ale tak wówczas, jak i teraz obserwowanie psa targanego torsjami nie należy do najprzyjemniejszych widoków (że o sprzątaniu nie wspomnę). Zarządziłam głodówkę, a w sobotę pojechałyśmy do PaniDoktor. PaniDoktor jest naszym weterynarzem zastępczym, mamy do niej zaufanie, więc ze spokojnym sercem pojechałam. Sara została przebadana na wszystkie strony - USG, biochemia, morfologia, a na koniec niestety zastrzyki. I zalecenie głodówki, a później lekkiego posiłku. W niedzielę wizyta kontrolna i kolejny zastrzyk, a poniedziałek - już ostatni. Oczywiście, Sarze już w niedzielę nic nie było, ale kuracji trzeba było dopełnić.

Na pocieszenie i ku rozrywce, w środę pojechałyśmy w Beskidy. Wyjechałyśmy dość wcześnie, ale i tak Sara rozglądała się lekko zdumiona i zniesmaczona. Może myślała, że znów ją wiozę do lekarza, tylko teraz gdzieś dalej? Po dojechaniu na miejsce wyruszyłyśmy na przechadzkę szlakiem spacerowym, który niepokojąco mocno od pierwszych metrów piął się w górę. Cóż, górołazy z nas żadne, więc się zmęczyłyśmy;-) Po zejściu ze szlaku na mnie czekała kawa i coś słodkiego, na Sarę - przekąska. Odpoczęłyśmy i ruszyłyśmy na dalszą włóczęgę. W sumie łażenie i odpoczywanie zajęło nam około 4 godzin. Sara zaraz po zajęciu miejsca w aucie zasnęła pochrapując cichutko.



Gdy Sara była chora pozwoliłam jej się położyć tuż obok mnie i kotów na łóżku. Ułożyła się delikatnie, powolutku, udając, że nie widzi leżących obok kocic. I teraz zagląda wieczorami do łóżka z nadzieją, że znów będzie mogła, zamiast na legowisku, leżeć z nami.


Wojtek uwielbia po kolacji wyskoczyć na balkonowe dojadanie. Gdy już uporządkuję cały dom przed nocą, uprzątnę kuwety podolewam wody i różne takie, zabieram chłopczydełko z balkonu. Ostatnio zabrałam jego i to wstrętne, wielkie coś, co miał w pyszczku. Uparł się, na dodatek, aby to coś skonsumować na łóżku, nieopodal poduszki. Udałam, że mam jeszcze coś pilnego do załatwienia w łazience - jakieś mycie umywalki w środku nocy lub coś w tym stylu - byle nie patrzeć na jego pożywianie się dzikiem białkiem.

Urlop mi się skończył, więc wracamy do rytmu dnia związanego z pracą. Czyli wczesne pobudki i długie poranne spacery. Stwierdziłam dziś, że już pora na to, by z szafy wyciągnąć rękawiczki.

P.S. A u Ciotki Zu na swój dom czeka Piotruś. Uroczy, prawda?

11 sierpnia 2014

Rytm życia

Z powodu lata i jego naturalnych objawów, czyli słońca i wysokoch temperatur, oraz z różnych innych powodów, trzeba nam było nieco przeorganizować codzienność. Poranny dźwięk budzika dla Wojtka oznacza, że za chwilę zostanie otwarte okno, więc wdzięczy się i domaga szybkości w działaniu. Sara budzi się powoli, podnosi, przeciąga i popatruje, czy to może już będzie jedzenie. Gusia, Nusia i Sisi owszem, otwierają oczy, ale nie wykazują żadnego zainteresowania tym, że wstaję. Bo one nie muszą. 

Gdy na wpół przytomna spaceruję pomiędzy pomieszczeniami szukając psich woreczków, swoich okularów, butów, Sara zalega w przedpokoju i czeka cierpliwie. Reaguje dopiero na widok szelek, które zdemuję z wieszaka. Drocząc się ze mną, unika założenia szelek, by po chwili nadstawić łepetynkę i zamachać ogonem. Spacerujemy długo, chłonąc poranek w budzącym się do życia parku. Czasami spotykamy zające, czasami większe zwierzęta.

Karmienie odbywa się w oddzieleniu. Pies je najczęściej w pokoju, koty zostają w kuchni. Owszem, czasami jest tak, że koty nie chcą jeść rano, więc Sara zajada swoje w kuchni, a im zostawiam na później suche w miejscach, do których nie sięgnie pies.

Popołudniowy spacer ograniczamy do minimum - do załatwienia potrzeb fizjologicznych. Nie, nie dlatego, że szkoda mi czasu, ale z powodu temperatur. Sara chwilę po wyjściu z domu zaczyna się ślinić, dyszy i nie pała szczególnią ochotą do spacerowania.

Za to wieczorem... Wieczorem bywamy dłużej i chętniej. Co prawda Sara najbardziej lubi krążyć po tych ścieżkach, po których chodzi dużo ludzi - może coś komus upadnie i będzie można zjeść. Najchętniej odwiedza kawiarenki z lodami, czasami kupuję jej wafelka sprawiając jej wielką radość (wiem, nie powinnam i obiecałam sobie, że już nie będę). 

Zaobserwowałam, że koniecznie musimy spotkać się z innymi psami - dużymi i silnymi, jak Sara. Czasami chcę z nią pobiegać, ale widać, że nie jest "wybawiona"; zabiega mi drogę i próbuje podgryzać. Ktoś chętny na zabawę malamucią?

Wczesne wstawania powoduje wczesne zasypianie. Tuż przed dziesiątą wszystkie zwierzaki grawitują w stronę sypialni. A ja sprzatam w kuwetach, uzupełniam wodę i karmę w miskach, a gdy przeczytam kilka stron książki i gaszę światło, z przyjemnością witam układające się na mnie na noc koty. Do snu kołysze nas regularny, wyraźnie słyszalny oddech śniącej Sary.

Dopisek: Sara zazwyczaj unika łazienki. Wchodzi do niej tylko gdy widzi, że zanim skryję się w brodziku, rozścielam przed nim ręcznik. Sara wchodzi, układa się na ręczniku i śpi. A ja wychodząc spod prysznica staję na palcach między jej zaspanymi łapkami.

31 lipca 2014

Przegląd, czyli jak zrazić do siebie zwierzyniec w dwa dni...

Korzystając z kilku dni wolnych od pracy postanowiłam zrobić przegląd stanu zdrowia zwierzyńca. Zarezerwowałam wizyty, pożyczyłam wielki transporter i... I Gusia odmówiła przebywania w jednym transporterze z Sisi. Zapakowawszy Sisi i Gusię w dwa transportery udałam się z nimi do PanDoktora. Sisi na miejscu domagała się wypuszczenia z koszyka, a oswobodzona dała się zważyć (5,50 kg) i zwiedziła gabinet zostawiając zapachy na krześle, biurku, Doktorze. Podczas słuchiwania mruczała przyjaźnie i na tyle głośno, że jedynie dźwięk serca dało się usłyszeć. Na koniec wystawiła przecudnie brzuch do głaskania, czym sprowokowała PanDoktora do szerokiego uśmiechu. Z Gusią było ... Gniewniej było;-) Zważona została metodą: ważymy transporter z kotem w środku, a potem sam transporter w tym czasie trzymając prostestującego kota mocno w ramionach. Ważenie wykazało 4,35 kg, a osłuchiwanie - podobnie jak u Sisi - było niemożliwe. Jedynie przyczyna była inna - Gusia warczała protestując przeciwko wożeniu, macaniu, słuchaniu i w ogóle różnym takim. Obydwie panny należy jesienią zaszczepić, a wcześniej jeszcze wyczyścić im zęby, bo w paszczękach nie maja najlepiej.

Dzień drugi oznaczał wizytę z Nusią i Wojtkiem. Włożeni do jednego transportera pocieszali się wzajemnie, Nusia miauczała zmartwiała po cichutku, a gdy na stole do badań otworzyliśmy wieko transportera okazało się, że on się tylko wydaje taki duży;-) Nusia cichutko skarżyła się podczas badania, nie chciała dać się postawić na wadze wczepiona we mnie (waży 6,45 kg), a gdy PanDoktor oglądał Nusine oczka cierpliwie przeczekiwała. Nusinka też ma zęby do czyszczenia, no i wiadomo - trzeba szczepić. Wojtek ku mojemu zdumieniu waży 4 kg. Dał się w miarę spokojnie obejrzeć, podotykać, choć wyglądał tak, jakby miał chęć na ucieczkę. Jemu zębów czyścić nie trzeba, ale podać szczepionkę już tak.

Od PanDoktora wróciliśmy z pasta odkłaczającą, kroplami na Nusiowe ślepka oraz zestawem tabletek odrobaczających dla całej piątki (Sara waży 32,45 kg) oraz zaproszeniem na potrójne czyszczenie zbębów i popiątne szczepienie. No, kociokwik po prostu...








Nusia po powrocie do domu ułożyła się w kartoniku stojącym w przedpokoju i marudząco sprawdzała, czy jestem i skarżyła się na wycieczkę do PanDoktora. Ewidentnie potrzebowała pocieszenia, więc co chwila szłam do niej i pocieszłam:-)

Wymyśliłam ostatnio, że kocia miska z suchym jedzeniem, by być bezpieczną przed psią zachłannością, może stać na lodówce. Stoi i koty (widziałam samodzielnie wskakujące Sisi i Gusię, Nusię i Wojtka podsadzałam) z niej korzystają. Ale tylko w dzień! W nocy, bez względu na to, jak bardzo miska jest pełna, budzą mnie, bo przecież muszę wstać i napełnić ich indywidualne miski, choćby po 5 ziarenek. Widocznie z miski na lodówce nie smakuje aż tak bardzo...

20 lipca 2014

Jeśli poprzednio wydawało mi się, że jest upał...

... to nie wiem, co powiedzieć teraz. W mieszkaniu, w którym zazwyczaj panuje temperatura zbliżona do 19 stopni, szaleje 25-26 stopni. Termometr zewnętrzny, który w pełnym słońcu jest tylko do godziny 9 rano, i na który boimy się spoglądać, pokazuje od 27 do 40 stopni. Koty śpią na okrągło i nie chodzi tu tylko o czas, ale także o przyjmowane do spania pozycje. Pies wyspacerowany został już przed 8 rano, a w dzień wyszła tylko na krótki spacerek. Resztę czasu śpi, zajada się ze mną wiśniami, śliwkami, kalafiorem i chrupie - już beze mnie - marchewkę.

Drapak, jak widać, służy nie tylko do drapania. Wojtek w nim sypia, Gusia uwielbia tarzać się na plecach, Nusia zza ramienia spogląda lekceważąco na Sarę, a Sisi - w pozycji na kokoszę - omiata dom spojrzeniem pełnym wzgardy dla ludzkich słabości.



Jak sobie radzicie z wysokimi temperaturami?

P.S. Dojrzałam do zmiany szablonu (albo chociaż nagłówka), może macie jakieś podpowiedzi, żeby było ładnie i czytelnie?

P.S.2. TUTAJ zrobiłam bazarek na rzecz Lajli z guzem na śledzionie. Może coś Was zainteresuje.