10 lutego 2014

Jesteśmy

Jesteśmy, choć w Sieci jakoś mniej. Dużo spacerujemy, dużo czasu spędzamy z kotami - łapiemy każdą wolną chwilę, którą możemy im poświęcić. A przecież czas wypełnia też praca, domowe obowiązki, jakieś zobowiązania, spotkania, jednym słowem wszystko to, co przeszkadza w tym, by otoczyć się zwierzyńcem i być tylko z nim.

Szukając zdjęć w poczcie znalazłam kilka, na których jest Sisi, maleńtas.





Czasami zastanawiam się jak Sisi przyjmuje pojawianie się kolejnych zwierząt w naszym domu, a osobliwie - jakie emocje budzi w niej pojawienie się Sary. Oczywiście, na każdego z kotów zwracamy uwagę i dostrzegamy to, jak reaguje na psa, ale przecież nie umiemy wejść do ich głów i przekonać się w 100% o tym, co czują.

Sisi najczęściej śpi na koszu na pranie. Zajęła miejsce Duszki, być może z racji wieku się jej to miejsce należy i nikt specjalnie nie protestuje. Owszem, przychodzi do pokoju, ale już raczej z nami nie śpi. Wcześniej nie zdarzało się jej to zbyt często, a jeśli już to raczej spała wtedy, kiedy spał Z. - wtulona w niego tak jak na jednym z powyższych zdjęć.

Gusia, która najszybciej przeszła do porządku dziennego nad obecnością psa, dziś złości się, gdy Sara podchodzi do niej, ucieka z moich kolan na widok zbliżającego się psa, a zastana na drapaku, czy szafce tłucze Sarę po kufie. Nie ma już jednak tej pewności, którą miała wcześniej, tej, która pozwalała jej za każdym razem wchodzić na moje kolana.

Nusia, która tez nie oszczędza łap w okazaniu psu, że nie życzy sobie jego obecności, owszem przebiega przed nosem Sary, ale równie chętnie kładzie się na środku pokoju brzuchem do góry. Śpi z nami i nic nie robi sobie z psiego zainteresowania. A gdy Sara próbuje ją przepłoszyć ze stołu, czy oparcia wersalki, wtedy zaczyna iść bardzo, bardzo wolno...

Wojtek często spotyka się z Sarą nos w nos. Ale równie często ucieka przed nią i na nią syczy. Raczej jej unika, ale z drugiej strony - gdy zbliża się pora kolacji stojąc na progu kuchni głośno domaga się jedzenia nie bacząc na psa. Śpi najczęściej w sypialni, na drapaku, ale lubi też polegiwać na parapecie w pokoju, tuż obok pracującego Z.

A co myśli Sara? Biega za kotami i macha ogonem. Stoi i nadal macha, gdy Nusia i Gusia trafiają w jej głowę. Denerwuje się tylko, gdy któryś w kotów pojawia się na stole ( bo być może jest tam jakieś jedzenie). Biegnie sprawdzić, co robimy z kotami, gdy się nad nimi pochylamy, gdy je całujemy, głaszczemy, czy bierzemy na kolana. Ze względu na nią nie bierzemy kotów na ręce - próbuje wówczas podskoczyć i sprawdzić, co się dzieje.

Są chwile, w których zastanawiam się, czy nie unieszczęśliwiamy zwierząt każąc im mieszkać z nami i sobą wzajemnie. Przecież nie pytamy ich o zgodę, nie ustalamy z nimi nowych mieszkańców, nie ustalamy tego, co się z nimi dzieje. Autorytatywnie decydujemy o ich życiu. A co jeśli nasze decyzje są złe?

26 stycznia 2014

Gwiazdy promocji, smakołyki, bałagan i spacer

Czas jakiś temu znalazłam ogłoszenie o tym, że ktoś szuka kocich modeli do zdjęć promocyjnych. Dopytałam o co chodzi, a gdy okazało się, że blisko nas produkowane są nowe, dizajnerskie, modele drapaków, a producent poszukuje kotów, które wdzięcząc się na poszczególnych typach będą mogły reklamować nowinki. Przemyślawszy sprawę zdecydowaliśmy, że najlepiej w roli modelek sprawdzą się Sisi i Gusia, ustaliłam termin sesji zdjęciowej i wyruszyłam. Studio było przygotowane bardzo dobrze. Co prawda Gusia niemal natychmiast znalazła szczelinę, przez którą powędrowała zwiedzać drugie pomieszczenie, ale do dyspozycji było kilka typów drapaków, kocimiętka, którą fotograf obficie znaczył drapaki, ciepło i coś nowego co, koty z racji swojej ciekawości, postanowiły wypróbować.

Po sesji czekałam na przesłanie obiecanych zdjęć, ale ponieważ nadal ich nie otrzymałam, pokazuję Wam nasze, nieprofesjonalne. Drapak, otrzymany jako zapłatę za pozowanie, stoi u nas od 13 stycznia, więc już wszystkie koty zdążyły go polubić i korzystają z niego chętnie. Piękny, prawda?







Podczas wystawy, której poświęciłam ostatni wpis, spotkałam się z dziewczynami Fundacji Skrzydlaty Pies. Sara i kociaste dostały od nich prezenty: Sara piłkę i przegryzki, koty - piłeczki. Radość jest wielka. A Cioci Kachul specjalnie mocno dziękujemy za własnoręcznie pieczone psie ciasteczka - były, jak mówi Sara, przepyszne.


Niczym w pociągu - prawda? Tak oto kotki czekają na tę magiczną chwilę, w której Z. zabiera Sarę na wieczorny spacer, a ja daję kolację. 


A to zdjęcie pokazujące, oprócz bałaganu* w sypialni, ulubione miejsca do spania naszych zwierzaków. Nocą sytuacja zmienia się o tyle, że pod Nusią i obok Gusi leżymy jeszcze my:-)


Dziś, w towarzystwie Cioci Zuzanny, powędrowałyśmy z Sarą na zbiorczy psi spacer organizowany przez DogMasters Trekking. Zdjęcie ze spaceru udostępniła nam G. Glajcar - dziękujemy.



* Uważam, że jedyne, co mnie ratuje, to te stosy książek na szafce nocnej.

19 stycznia 2014

III Zimowa Krajowa Wystawa Psów Rasowych

Po raz kolejny przekonałam się, że dobre zdjęcie zwierzaka zależy w dużej mierze od zwierzaka, sprawności fizycznej, w tym sprawności stawów, robiącego zdjęcia i aparatu. Na wystawie było mnóstwo ludzi, mnóstwo psów i panował ogólny gwar, by nie rzecz hałas. Spotkałam dobre dusze ze Skrzydlatego Psa, widziałam namiot Fundacji Bono i sosnowieckiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt.

 Krawaty z psami:-)



 Pamietacie bajkę o foksterierce Daszeńce?

















Resztę zdjęć obejrzycie TUTAJ.

16 stycznia 2014

Połowa stycznia za nami...

Nowy Rok nastał, a ja nie mogłam zmusić się do tego, by podsumować minione 12 miesięcy. Gdy myślałam o tym, co było, skupiałam się przede wszystkim na śmierci ukochanych zwierząt. Taki rok nie mógł być zaliczony do udanych.

Jednak 1 dzień Nowego Roku okazał się być na tyle przyjemny, że warto o nim wspomnieć. W drodze z Dolnego Śląska w Bieszczady odwiedziła nas moja Siostra wraz z Saszką. Gapa ze mnie, bo nie zrobiłam żadnego zdjęcia psom. Pospacerowałyśmy około godziny obserwując relacje między Saszką i Sarą i podziwiając to, w jak płynny sposób Saszka poddała się przewodnictwu/starszeństwu Sary. Podczas spaceru spotkałyśmy znajomego chow-chowa, który każdorazowo wita się entuzjastycznie z Sarą (ona z nim nieco mniej, bo bywa natarczywy) i który tym razem oszalał na punkcie Saszki. Biegł za nami! Kto zna chow-chowy ten wie, że to dość nieoczekiwane zachowanie.

Fajerwerkom, jak co roku, z największym zainteresowaniem przyglądała się Gusia. Dołączyła do niej też, ku mojemu zdumieniu, Nusia i po chwili wahania - Wojtek. Domagały się nawet otwarcia okna na balkon, ale gdy usłyszały hałas wybuchów popatrzyły na mnie zdegustowane tak, że czym prędzej zamknięłam okno.

Wolne dni dzieliłam między spacery z psem, a leżenie z kotami. Przyznacie, że to idealny podział. Zwierzaki też wydawały się z niego zadowolone. Gusia została wygłaskana za wszystkie czasy, a mina kocio-psiego towarzystwa na dźwięk budzika dzwoniącego 2 stycznia mówiła, że powiątpiewają w sprawność mojego umysłu. Ja, nieco przed 6, również;-)

Kilka dni styczniowych spędziłam w towarzystwie, choć nie tak bardzo bezpośrednim jak domowe, ptaków. I choć nie wiem szczegółowo jakie cechy wpływają na ich wartość, także finansową, doceniam urodę gołębi pocztowych.

W domu pojawił się nowy, szalenie interesujący koty, mebel. Poniższe zdjęcie stanowi zapowiedź. Reszta - wkrótce...

29 grudnia 2013

Przegląd tygodnia*

Od 1 października chodziliśmy na spotkania wolontariuszy pracujących przy organizacji Wigilii dla samotnych. Idea wydarzenia jest taka, by w dniu i porze wieczerzy wigilijnej zasiąść przy stole w towarzystwie innych samotnych ludzi. By nikt, kto spędza Boże Narodzenia sam, nie siedział przy pustym stole słysząc zza ściany gwar rodzinnych rozmów, by tradycja talerza czekającego na wędrowca wypełniła się podczas spotkania wigilijnego organizowanego w Hali Kapelusz. Przy organizacji wydarzenia pracowało ponad 100 wolontariuszy, patronów i darczyńców było około 60, a gości, którzy przyszli do Kapelusza - około tysiąca. Byliśmy tam w trójkę: Z., Sara i ja, kotki czekały w domu. Pięknie było patrzeć, jak wchodzący do hali ludzie wracają po chwili, by zapytać o Sarę, by ją pogłaskać, a niejednokrotnie - by się do niej przytulić. Niektórzy prosili, by zrobić im z Sarą zdjęcia, więc Basia przygotowywała aparat i pstrykała. Cieszyliśmy się, że Sara bardzo ładnie reagowała na zainteresowanie ludzi. Obecność na tej Wigilii, praca przy niej, to niesamowite doświadczenie.


Spacery świąteczne, choć przyjemne, były dla mnie także źródłem niepokoju. Spotykaliśmy rodziny, rodziców i dzieci, którym towarzyszyły małe pieski. Mam gorącą nadzieję, że szczeniaki - najwyraźniej będące prezentami świątecznymi - będą członkami rodzin, do których trafiły, a nie upominkiem po upływie krótkiego czasu budzącym znużenie, zniecierpliwienie i w końcu trafiającym na ulicę lub do schroniska.

Z. czytał czas jakiś temu o badaniach, których wynik dał się streścić do jednego stwierdzenia: wilki uczą się przez obserwowanie, a psy - nie. W środę gotowałam zupę i ze stojącego na podłodze kosza z warzywami wyjęłam marchew, którą, a jakże, podzieliłam się z Sarą. Jakie było nasze zdumienie, kiedy wieczorem Sara wkroczyła do pokoju trzymając w zębach wielką marchewkę. Znalazła ją sobie we wspomnianym koszu, wyjęła z niego woreczek z marchewkami, porzuciła pozostałe warzywa na progu sypialni i triumfalnie, ze zdobyczą, ułożyła się na dywaniku. Chyba jednak psy uczą się obserwując...


Halny wiejący poczas świąt w Tatrach dotarł i do nas. Wojtek cały ranek spędził stojąc przed oknem balkonowym i podziwiając szalejące na wietrze liście. Wojtkowi towarzyszyła Sara, ale nie udało mi się zrobić zdjęcia. Nusia zaległa na wersalce i patrzyła z daleka wdzięcznie "szczekając".


Wkrótce Sylwester i szaleństwo fajerwerków. Niektórzy już teraz sprawdzają, czy to, co kupili wybucha z właściwym rozmachem. Sara na szczęście nie wpada w panikę, ale zdecydowanie zawraca w stronę domu i narzuca tempo mało spacerowe. Jest jednak mnóstwo zwierząt, które się boją i z myślą o nich warto po 1) przygotować je do tej specjalnej nocy:


po 2) włączyć się w akcję promocyjną "Nie strzelam w Sylwestra" i faktycznie nie strzelać. Mieszkamy niedaleko Parku Śląskiego, w którym spotkać można lisy, zające, jeże i wszelkie mniejsze żyjątka, ot, choćby krety. Jest tu także ZOO, więc każdy fajerwerk rozświetlający niebo nad Parkiem jest czymś, co niepokoi, czy wręcz przeraża wszystkie te zwierzęta. Szkoda, że nie każdy o tym myśli.

Sara ma w domu dwa legowiska. W sypialni coś na kształt pontonu, w pokoju klatkę wyłożoną miękkim (nie mamy drugiego legowiska, więc, żeby Sara miała miejsce do spania, zdecydowaliśmy się na rozstawienie klatki). Śpi raz tu, raz tu - wedle własnego uznania. Ostatnio z wyjątkową radością klatkę zasiedla Wojtek. Robi to, gdy nie widzi Sara, bo nagle pieska postanowiła pilnować swojego legowiska. Przyznacie, że Wojtuś wygląda uroczo:


Sisi przed świętami uciekła nam na korytarz. I teraz, od kilku dni, wyśpiewuje pod drzwiami serenady - chce iść spacerować. Uznała, że taka komunikacja z nami jest skuteczna i zaczyna płakać pod drzwiami także gdy jest głodna lub gdy cokolwiek. Przynosimy ją, przytulamy, ale i tak ona ma swój pomysł na to, jak będziemy teraz funkcjonować.

Pogoda jest mocno wiosenna. Wczoraj ze spaceru z psem przyniosłam:


Udanej niedzieli:-) My idziemy spacerować...

* O ile wiem, w niektórych domach tak określa się potrawy sporządzone z tego, co zostało po całotygodniowym gotowaniu;-)

24 grudnia 2013

Życzenia



Dobrych Świat Bożego Narodzenia!

P.S. 24 grudnia, sześc lat temu Gusia trafiła do schroniska. Oby jak najmniej było zwierząt, które w przeddzień Bożego Narodzenia stracą domy.
P.S. 2. Zdjęcie można ( i trzeba) powiększyć :-)

22 grudnia 2013

Kuchnia przedświąteczna

Z racji tego, że 23 i 24 grudnia spędzimy głównie poza domem, dziś zabraliśmy się za przygotowywanie potraw świątecznych. Jako element stały krajobrazu kuchennego występowała Sara. Gdyby żyła Duszka, pewnie i ona towarzyszyłaby mi w kuchni. Skoro jej nie ma - wspominamy, a przy okazji dostrzegamy jak godną reprezentantką rodzaju "gospodynia domowa" jest Sara.

Sałatka jarzynowa. Kroję marchewkę. Kilka kawałków trafia do psiego brzucha. Kroję jajka - żółtko z jednego ląduje w kocich miseczkach, białko - w psim pyszczydle. Kilka ziaren zielonego groszku wpada do miski Nusi, kilka zjada mi z ręki Sara. Po umyciu rąk kroję ogórki starając się nie widzieć zaśnilionego pyska Sary i błagania w jej oczach. 

Sos grecki. Marchewka - wiadomo.

Sałatka wg przepisu babci. Kiszona kapusta na szczęście nie wzbudza niczyjego entuzjazmu. Czerwona fasola już tak. Kilka ziaren do miseczki Nusi, kilka do miski Sary. Czerwone buraki lubi Wojtuś i -oczywiście - Sara.

Ciasto drożdżowe - upieczone, rzecz jasna - lubi Sisi. Gdybyśmy mieli, tradycyjną kolację wigilijną z rybą, pewnie do talerza zaglądałoby nam 5 zwierzątek. Nie mamy ryby, więc i zaglądać nie będzie konieczności. Ale i Wy, i ja wiem, że bez względu na to, co będziemy mieć na talerzach - zwierzątki będą do nich zaglądały.

17 grudnia 2013

Kochanie zwierząt

Na blogu jakimś dziewczyna opisała, jak to walczy o swojego kota, który jest bardzo chory, no to dziewczyna kota do weta prowadza, kotu leki podaje, a wszystko to dużo kosztuje. Pod tekstem komentarz napisał profesor fizyki i w komentarzu stwierdził, że to durne jest, żeby w leczenie kota tyle forsy wkładać, kiedy naokoło pełno biednych ludzi. Ja też komentarz powiesiłem i w tym komentarzu zapytałem profesora o to, czy jeśli ten kot, w leczenie którego dziewczyna mnóstwo forsy inwestuje, jest takim kotem, który w ramach felinoterapii pomaga dzieciom, a te, jak powszechnie wiadomo, są ludźmi, tyle, że małymi, to co – warto, zdaniem profesora, leczyć tego kota i za leczenie płacić, czy też nie warto? Profesor nie odpowiedział na moje pytanie.

To moje pytanie było dobre, ale nie było najlepsze, bo wystarczyło zapytać tak: - A co cię obchodzi, chłopie, na co kto swoje pieniądze wydaje?

Mniejsza o profesora fizyki i jego tezy, bo mamy tu ciekawszą kwestię, która sprowadza się do odpowiedzi na pytanie o to, czy ludzie mogą kochać zwierzęta, czy mogą je kochać tak, jak innych ludzi, a nawet mocniej, o ile kochanie jest stopniowalne. Moim zdaniem ludzie kochają zwierzęta, a niektórzy kochają zwierzęta bardziej, niż innych ludzi i jest to kochanie jak najbardziej prawdziwe.

Co sprawia, że ludzie kogoś kochają? Nie mam zielonego pojęcia, natomiast wiem, że kochanie to emocje. Antonio Damasio rozróżnia emocje od uczuć i twierdzi, że o ile wszystkie emocje generują uczucia, o tyle nie wszystkie uczucia wywodzą się z emocji, bo jest coś takiego jak uczucia tła, które z emocjami za dużo wspólnego nie mają. Tak czy siak, kochanie to uczucie mające swoje źródła w emocjach, a emocje są tym, co – dobrze to czytajcie – rządzi człowiekiem.

Wielu ludzi jest zdania, że emocje nie odgrywają w ich życiu istotnej roli. Ludzie ci uważają się przede wszystkim za racjonalnych i wygadują takie paradne rzeczy, jak to, że oni, racjonalni ludzie, wyznają światopogląd naukowy, a zatem twierdzą, że istnieje coś takiego, jak naukowy światopogląd. Moim zdaniem jest tak, jak napisał Jonathan Haidt, przy czym to, co napisał o psach, w istocie odnosi się również do ludzi: To emocjonalny ogon macha psem, a nie na odwrót.

No dobrze, emocje emocjami, ale przecież ludzie potrafią, przynajmniej do pewnego stopnia, panować nad emocjami. Owszem, potrafią, ale dla jakich powodów mieliby powstrzymywać się przed kochaniem zwierząt? Czy jest coś złego w tym, że ludzie kochają zwierzęta, a niektórzy kochają zwierzęta bardziej, niż innych ludzi? Moim zdaniem w kochaniu zwierząt nie ma niczego złego. Dlaczego miałoby być? Żeby zasadnie stwierdzić, że w kochaniu zwierząt jest cokolwiek złego, trzeba by podać jakieś mocne argumenty, ja jednak takich argumentów nie znajduję, ani w rozmaitych wypowiedziach, ani w literaturze. Chyba nie da się udowodnić, że zwierzęta są jakimiś niższymi bytami, niż człowiek. Richard Dawkins, który kapitalnie pisze o ewolucji i który błaźni się publikując teksty atakujące ludzi religijnych, stwierdza:
Wydaje nam się, że szympansy to zwierzęta wyższe, a dżdżownice niższe – i że wiemy, co to znaczy. Wydaje nam się, że tak wynika z ewolucji. Ale tak nie jest. Przeciwstawienie "niższy – wyższy", jeśli w ogóle ma jakikolwiek sens, to i tak znacznie częściej jest mylące (a nawet szkodliwe), niż się do czegokolwiek przydaje.
Dawkins prezentuje listę mylnych wniosków, do których to wniosków doszli ludzie, a jeden z tych wniosków komentuje tak:
"Małpy są bardziej ‘jak ludzie’ niż dżdżownice". Jeśli przyjrzymy się dowolnej małpie i dowolnej dżdżownicy, to bez wątpienia prawda. Tylko co z tego. Niby to dlaczego dla ewolucjonisty człowiek miałby być miarą wszechrzeczy, czyli dlaczegóż to mielibyśmy własnymi standardami mierzyć inne organizmy.
Dawkins mówi bardzo ważną rzecz, mianowicie to, że koncepcja łańcucha (albo drabiny) bytów, które to byty są uszeregowane od najmniej do najbardziej ważnych (lub odwrotnie), jest koncepcją błędną, jakkolwiek mającą bardzo stary rodowód. Można kłócić się z Dawkinsem o to, czy jest to koncepcja błędna, natomiast, w mojej opinii, bardzo trudno wykazać, że Dawkins się myli. Bo żeby to wykazać, trzeba by przedstawić jakieś argumenty, ale ja takich argumentów nie znam. A właściwie, to znam, tyle, że są to argumenty absolutnie hardcorowe i może przedstawię je kiedyś w osobnym tekście; w każdym razie mało kto odważyłby się na przedstawienie tych hardcorowych argumentów.

Jest jeden argument, z tych niehardcorowych; nie wiem, czy najmocniejszy, ale z pewnością najpopularniejszy. Chodzi o argumentację taką, że ludzie mają duszę, a zwierzęta duszy nie mają. Co prawda ojciec Józef Bocheński powiedział, że jeśli jest jakaś dusza w człowieku, to z pewnością jest też dusza w delfinie i w piesku, no ale ojciec Bocheński teologiem nie był, jakkolwiek był tęgim logikiem. Z drugiej strony nie jestem pewien, czy w kwestii duszy należy wierzyć teologom, bo jak mamy wiedzieć, że oni wiedzą coś, czego my nie wiemy?

W dyskusjach na temat zwierząt przywoływany jest ten oto cytat ze św. Pawła:
Całe bowiem stworzenie z wielką tęsknotą wyczekuje objawienia się synów Boga. Bo całe stworzenie podlega marności – nie z własnej woli, lecz z woli tego, który to sprawił. Ma ono jednak nadzieję, że doczeka się uwolnienia z niewoli powodującej zagładę i otrzyma wolność, która darzy chwałą, jaką cieszą się dzieci Boga. (Rz 8, 19-21)
Skoro całe stworzenie, to całe stworzenie, a nie tylko ludzie. Andrew Linzey, który wziął na poważnie słowa św. Pawła, zgadza się z Erykiem Mascallem, który też słowa św. Pawła wziął na poważnie, a zgadza się w kwestii tego, że błędnym jest przekonanie, iż Jezus Chrystus ma olbrzymie znaczenie dla istot ludzkich, lecz jest zupełnie bez znaczenia dla reszty stworzenia.

Myślę, że trudno kłócić się ze św. Pawłem i trudno znaleźć poważną teologiczną argumentację, w myśl której zwierzęta są w jakikolwiek sposób „mniej ważne” od ludzi. Do tego Damasio utrzymuje, że niektóre ssaki – wilki, psy, koty, małpy, słonie i ssaki morskie – poza protojaźnią i jaźnią rdzenną, są, podobnie jak ludzie, obdarzone jaźnią autobiograficzną, a to już bardzo poważna sprawa.

Właściwie teraz dobrze byłoby, żeby ten tekst poszedł w stronę bardziej szczegółowych, praktycznych kwestii, takich jak przemysłowa hodowla czy zabijanie zwierząt. Byłoby dobrze, ale to są kwestie na osobny tekścior. Przynajmniej tak mi się teraz wydaje.

Bibliografia:
  • Biblia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. T. IV. Red. M. Peter, M. Wolniewicz. Wydawnictwo Święty Wojciech. Poznań 2009.
  • Damasio A. Błąd Kartezjusza. Emocje, rozum i ludzki mózg. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2011.
  • Damasio A. Jak umysł zyskał jaźń. Konstruowanie świadomego mózgu. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2011.
  • Dawkins R. Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwo ewolucji. Wydawnictwo CiS. Stare Groszki 2010.
  • Kahneman D. Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym Media Rodzina. Poznań 2012.
  • Linzey A. Teologia zwierząt. Wydawnictwo WAM. Kraków 2010.

16 grudnia 2013

O tymczasowaniu

Przeczytałam wczoraj książkę o domu tymczasowym i współpracy z fundacją prozwierzęcą. To nie była dobra książka (napiszę o niej kiedy indziej), a jej jedyną zaletą było to, że po jej lekturze zaczęłam się zastanawiać nad tymczasowaniem.

Co daje Dom Tymczasowy? Zwierzęciu - opiekę, rozumianą najszerzej jak się da, socjalizację, obecność człowieka, innych zwierząt, ciepły kąt do spania i regularne jedzenie. Człowiekowi - obecność zwierzęcia, satysfakcję z obserwowanych zmian (bo zmiany zawsze następują), smutek, gdy pora się rozstać i radość, gdy po roku, dwóch w okolicy świąt dostaje się zdjęcie pupila, który wyrósł i rządzi niepodzielnie nowym, swoim domem. Niby proste, ale często, dla wielu, zbyt trudne.

Czytający stale naszego bloga wiedzą, że nie zawsze umieliśmy się rozstać kotem, który był u nas na tzw. tymczasie. Nusia, Duszka i Wojtek z tymczasów stały się rezydentami i nie wyobrażamy sobie naszej rodziny bez ich obecności. Były jednak i takie koty, które mieszkały u nas zaledwie czas jakiś i którym pomogliśmy znaleźć nowe, dobre domy.

Niektóre fundacje wspierają swoje domy tymczasowe. Kupują karmę dla podpopiecznych, opłacają wizyty u lekarzy, czy konieczne zabiegi. Inne tego nie robią. Ale chyba nie tu tkwi sekret tego, dlaczego wciąż brakuje domów tymczasowych.

Dom Tymczasowy to nie tylko pielęgnacyjne gesty, pełna miska, posprzątana kuweta, czy jak w przypadku psa, częste, długie spacery. Dom Tymczasowy to emocje, to serce wkładane w to, by nauczyć zwierzę ufności (lub pomóc mu ją odzyskać). To lęk, gdy podopieczny odchodzi od miski nie sięgając po jedzenie, gdy kicha w nocy lub sika podejrzanie za dużo. Dom Tymczasowy to uwaga i troskliwość. I jednocześnie Dom Tymczasowy to miejsce przechodnie - miejsce, w którym zwierzęciu trzeba okazywać miłość, ale być świadomym, że ono potrzebuje Domu Stałego i ludzi, dla których będzie miłością ich życia i którzy będą dla niego najważniejsi.

Dom Tymczasowy wymaga zaangażowania. Podobnie jak Dom Stały, a może nawet bardziej, bo tymczasując masz dobitniejszą świadomość, że zwierzę zostało ci powierzone pod opiekę i po to, aby przygotować je dobrze do dalszej wędrówki przez życia.

Może owa konieczność zaangażowania sprawia, że tak mało jest Domów Tymczasowych? Może tego, my ludzie, się boimy?






Grafiki zaczerpnęłam ze strony Fundacji Przystanek Schronisko, gdzie przeczytacie o Domach Tymczasowych dla Kotów i Domach Tymczasowych dla Psów. Niemalże każda z fundacji prozwierzęcych namawia do tworzenia Domów Tymczasowych: kocie, psie, fretkowe, jeżowe, ptasie. Wystarczy się tylko rozejrzeć i wybrać:-) Gorąco namawiam!

P.S. Jutro będzie tekst Z. :-)

10 grudnia 2013

Jak to jest?

John Stuart Mill w tekście „Utylitaryzm” napisał był tak: „Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią”. Nie mam pojęcia, czy Mill rzeczywiście uważał, że jest tak, jak napisał, czy jedynie napisał co napisał po to, żeby ulepszyć system Jeremy’ego Benthama – to akurat nie ma teraz znaczenia. Istotne jest, czy to może być tak, że lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią. Albo zadowolonym kotem. Albo zadowolonym psem.

Wydaje się, że świnie mogą mieć – i nieraz mają – szczęśliwe życie, z którego są zadowolone. Pisze o tym chociażby Temple Grandin, która co prawda najbardziej kocha krowy, ale chyba kocha też świnie i mnóstwo o nich wie. Podobnie ze swojego życia mogą być zadowolone koty, psy i inne zwierzęta – tak myślę.

Świnie, koty, psy i inne zwierzęta mogą być zadowolone ze swojego życia pomimo tego, że nie czytają książek, nie oglądają telewizji, nie prowadzą długo w noc ważnych rozmów przy szklaneczce Burbona, nie cieszą się z tego, że ich dzieci skończyły studia z wyróżnieniem i nie mają konta na fejsie.

Ludziom trudno uznać, a najpierw zrozumieć, że zwierzęta, pozbawione tych wszystkich ludzkich przyjemności, mogą być zadowolone ze swojego życia. A przecież są ludzie zadowoleni ze swojego życia, mimo tego, że nie mogą zaznać przyjemności dostępnych zwierzętom. Kiedy idę na spacer z Sarą, to widzę domy, drzewa, ludzi, psy, samochody, latarnie i jeszcze parę innych rzeczy. Słyszę szum ulicy i szum drzew poruszanych przez wiatr, słyszę szczekanie psów, przelatujący nisko samolot, czasami porozmawiam z jakimś człowiekiem. W kwestii zapachów jestem mocno upośledzony – kiedy mijam budkę z kebabami, to przynajmniej czuję zapach kebabów. A moja Sara w czasie spaceru prawie cały czas coś wącha – przebogaty świat zapachów, w którym żyje Sara, dla mnie jest prawie w całości niedostępny.

Albo weźmy to, co Jake Page nazywa zmysłem kinetycznym. Człowiek, podobnie jak zwierzęta, ma ten zmysł. Mowa tu o czuciu swojego ciała w ruchu, o przyjemność wynikającą z tego czucia; ludzie odczuwają przyjemność kiedy odbiorą trudny tenisowy serwis, gdy z wielką szybkością zjeżdżają na nartach, kiedy tańczą czy przekopują łopatą ziemie w ogrodzie. Zapewne wielką przyjemność ze swoich skoków odczuwają skoczkowie wzwyż, którzy pokonują poprzeczkę zawieszoną na wysokości dwóch metrów i kilkudziesięciu centymetrów, ale jaką przyjemność może odczuwać kot uzyskujący sześciokrotne przewyższenie?

Co bardziej przyczynia się do osiągania zadowolenia z życia – umiejętność czytania czy umiejętność latania na wysokości jedenastu kilometrów, na której to wysokości potrafią szybować sępy plamiste? Chyba łatwo odpowiedzieć na to pytanie, nieprawdaż? :-) Ale czy równie łatwo zająć stanowisko w kwestii tezy o tym, że lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią?

9 grudnia 2013

W zwierzyńcu

Poprzedni weekend miałam przyjemność spędzić poza domem. Przyjemność polegała na tym, że odwiedziłam Lulu i Saszkę oraz ich ludzi, a potem powędrowałam w towarzystwie Siostry, Siostrzenicy i Saszki do domu rodzinnego, gdzie oprócz Rodziców czekała na nas Kavka. 

Moja pierwsza myśl po ujrzeniu Saszki to "Jaka ona jest mała!". Psica powitała mnie radośnie, Lulu też nie stroniła od głasków i poczułam się niemalże jak w domu:-) Gdy wyruszyłyśmy późnym wieczorem na północ Polski Saszka grzecznie zajęła miejsce w wyznaczonej części samochodu i ciesząc się podróżą przespała większość drogi.

Kavka nie pałała entuzjazmem z powodu odwiedzin psa. Nas powitała radośniej. Rodzice przenienieśli się z mieszkania do domu, więc kotka ma mnóstwo nowych miejsc do obwąchiwania, sprawdzania, itp. Zaakceptowała nawet drapak, któremu wcześniej okazywała idealną obojętność i potraktowawszy go jak trampolinę postanowiła wskoczyć na piec. Niestety - waga jakby nie sprzyja skokom. Ale zwiedzanie piwnicy jest dostępne niezależnie od wagi i rozmiarów kota:-)


Saszka szalała ze szczęścia. Olbrzmi teren do obiegnięcia, ziemia do wytarzania się, różne zachachy, nowy teren. Wypuszczona z domu biegała radośnie z wywieszonym jęzorem wracając jednak kontrolnie co chwila pod drzwi domu, no bo jeszcze pojechałybyśmy gdzieś bez niej?


Wróciłam chora. Właściwie powinnam powiedzieć, że wszystkie wróciłyśmy chore - jedynie zwierzaki ostały się wirusowi. Z mojej choroby, a jakże, ucieszyły się koty. Nie bacząc na Sarę Nusia układa się na moich nogach, a Gusia zawija koło szyi i pozwala się przykryć kołdrą. Unieruchomiona i dogrzewana przez kociątki mogę tylko się tym cieszyć i czytać książki.

Nieco przed moim wyjazdem przenieśliśmy drapak do sypialni. Ze względu na obecność w pokoju Sary koty korzystały z niego mniej niż dotychczas i stąd ów pomysł, by drapak wyekspediować. Królem drapaka został Wojtek, który owszem pokój i resztę mieszkania odwiedza, ale czyni to bardzo ostrożnie, bo najpewniej czuje się na bocianim gnieździe.

Sisi od dnia, w którym uciekła na korytarz, codziennie oznajmia nam donośnie, że ma już nas dość i chce iść w świat. Chętnie daje się wziąć na ręce i poprzytulać, ale wtedy trzeba izolować psa albo głaskać kota niemalże nieustannie wirując i ubiegając szanse Sary na to, by podskoczyła i dołożyła nos do Sisi. 

Poniżej zdjęcie z wczoraj:


Zrobiło się zimno, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Mnóstwo zwierząt trafia na ulicę, do schronisk w ramach przedświątecznych porządków. Nasza Gusia też została oddana do schroniska w Wigilię. Oby takich przypadków był jak najmniej.

P. S. Ciri, o której pisałam ostatnio ma dom - to cudna wiadomość!

P.S.2. Czasami pojawią się tu teksty Z. Tak jak ostatnio i tak jak jutro:-)