25 lipca 2013

Szczęścia

Jedno szczęście nawiedziło mnie dziś w nocy. Łaziło po mnie, ocierało się, machało ogonem po twarzy, a przytrzymywane uwalniało się z sennego uścisku, by dalej barankować, czulić się i migdalić. Dopiero, gdy szczęście zeskoczyło i łóżka i zamiauczało (co mu sie raczej nie zdarza) uświadomiłam sobie, że ów napad czułości powodowany był głodem i jego efektem miało być obudzenie mnie i doprowadzenie do miski celem jej napełnienia. Spełniłam oczekiwania szczęścia.

Drugie szczęście, cichaczem, ułożyło się na dolnej połowie łóżka. Podkuliłam nogi, by szczęścia nie kopnąć, a gdy się nad szczęściem nachyliłam, szczęście - zdecydowanie przez sen - pocałowało mnie w nos.

Trzecie szczęście w porze zbliżonej do 4:30 postanowiło podrapać w lustro wykazując się tym samym sprytem niebywałym. Któż bowiem może znieść drapanie szczęścia o szklaną taflę? Mam też teorię, iż szczęście się do wspomnianej godziny wysypia i owo drapanie traktuje również jako element gimnastyki. Szczęście zostało nakarmione i dapało już tylko raz. Bo czasami drapie dwa razy. Albo i trzy.

Czwarte szczęście o wspomnianej 4:30 zasiadło na stoliku pod oknem i tęsknie wpatrzyło się w dal. Uznając, że przed piątą jest zbyt zimno, bym mogła spokojnie spać przy otwartym oknie, nie wypuściłam szczęścia na balkon. Za czas jakiś szczęście próbowało przesunąć koszyk wiklinowy, w którym spało pierwsze szczęście, wychodząc z założenia, że jak się uda zrobić podkop pod koszykiem, to koszyk da się przesunąć. Kopało tak długo, że zdążyłam kilka razy zasnąc i się obudzić. O 5:40 szczęście wywędrowało na balkon i jest tam do teraz.

Drugie szczęście uznało, że skoro już niektórzy wstają i jest w domu jakieś poruszenie, to trzeba wstać i posiedzieć nad miską. Albo się, mimo senności wielkiej, przespacerować po przedpokoju burcząc niczym traktor bizon i omiatając ogonem nogi nieprzytomnego człowieka.

Piąte szczęście zdecydowało się obudzić na dźwięk otwieranej lodówki. Jogurt, który miał trafić do "pracowej" sałatki trafił do miski szczęścia, które zaspokoiwszy przypadkową zachciankę powędrowało zająć wygodne krzesło na równie wygodnymi poduszkami.

Też nie moglibyście żyć bez swoich szczęść?

21 lipca 2013

Zwierzyniec na wyjeździe

Piątkowe popołudnie i sobotę spędziłam w towarzystwie Lulu, Saszki i ich ludzi. Lulu pozwalała się głaskać, Saszka radośnie witała każdą okazję do spaceru, czy zabawy, a ja, przy okazji, poznawałam świat miejskich psów. 

 Tajson nastawiony zadaniowo. Przynosił piłkę, kład pod nogi człowieka i czekał na rzut.

 O, tę różową piłkę... Vega okazała sie być stateczniejsza - pobiegła tylko kilka razy.
 Lulu uznawszy, że to ona powinna być gwiazdą wieczoru, zasiadła na stoliku telewizyjnym.


A za to, co na zdjęciu dostane burę... Haszczorowi nie wolno wchodzić na kanapę, ale... 
Zasnęłysmy w takiej pozycji...

14 lipca 2013

Po wizycie u PanDoktora

Wizyta u PanDoktora przebiegła bez zakłóceń. Sisulowy pyszczek pozwala na odstawienie antybiotyku, ale wymaga pozostawienia innego leku. Który to lek wkładam Sisulce prosto do gardła dwa razy dziennie, przy jej wyraźnej dezaprobacie.

Wojtuś jako kot uroczy zauroczył ponownie PanDoktora. Nasze chłopiątko waży 4,35 kg i ma lekko, prawdopodobnie alergicznie zaczerwienione ślepka. Pomóc może świetlik lekarski zaparzany, studzony i używany do przemywania ślepków.

Takiż sam świetlik powinien być stosowany do przemywania oczków Małego Misia, któremu ostanio stan oczu, a zwłaszcza jednego, znacznie się pogorszył. Nusia potraktowana świetlikiem przemieniła się w dzikiego, groźnego stwora z uzębienia i upazurzenia przypominającego prastare tygrysy. PanDoktor nie uprzedzał, że świetlik ma takie działania uboczne. Co? Że to tylko cecha osobnicza Nusi? Nie upieramy się, że nie, ale dalsza kuracja świetlikiem staje pod znakiem zapytania. Choć oczywiście wobec wyboru: Nuśkowe ślepia, a nasze ręce, wybierzemy Nusiowe ślepia.

11 lipca 2013

Jej Wysokość Nuś

Drapak wystawiony na balkon bije rekordy popularności. Bocianie gniazdo stało się miejscem, do którego tworzy się kolejka. Ostatnio przyłapałam na drapaku Nusię. Jak widzicie - było nieco ciasno... Robiłam jej zdjęcia nie mogąc przestać się śmiać, za co Nusia się na mnie obraziła. Ale zdjęcia wyszły przyjemne, prawda?








8 lipca 2013

Pyszczydło Sisulowe

Czasami mam wrażenie, że myśląc o tym, że zapewniamy kotom dobrą opiekę, mocno się łudzimy. Wystarczy nie dość szybka reakcja, nie dość dokładna obserwacja, by przegapić objawy choroby kota.

Czas jakiś temu Sisi zaczerwieniły się dziąsła. Zaczęliśmy smarować żelem, który kiedyś dostaliśmy na podobne kłopoty u Nusi i zaczerwienienie zbladło. Powtórzyło się, ale i my powtórzyliśmy kurację. Niestety, nagle Sisuleńce zaczął wypadać języczek z pyszczka i siedziała bida z takim wypadniętym końcem jęzorka wyglądając niczym nieszczęście.

W piątek odwiedziliśmy Doktora, gdzie okazało się, że Sisi musi mieć usunięty kamień nazębny. Po zabiegu dowiedzieliśmy sie także, że Doktor usunął trzy zęby, a w Sisulowym pyszczydełku zrobił się bolesny stan zapalny, którego nie zauważyliśmy.

Kotka dostała leki na miejscu, kolejne podajemy jej w domu. Odżyła - jest weselsza, bawi się, czuli się do nas jak już dawno nie. A mnie dręczą wyrzuty sumienia, że przez zbyt małe wyczulenie na każdą zmianę nie zauważyłam, że kot cierpi.

W czwartek jedziemy na wizytę kontrolną. 

1 lipca 2013

Dzień Psa

Wychowana na Reksiu i Pankracym nie mogłabym nie dręczyć rodziców o obecność psa w domu. Pierwsza pojawiła się Kropka. Później była Bela, a jeszcze później Coma. Na zdjęciach w domowych albumach jest chyba tylko Kropka.

Po kilku latach bezpsich moja siostra zapragnęła, podobnie jak ja wcześniej, psa. I tak trafił do nas Misiek. Wielorasowy, mądry, opiekuńczy, a przy tym wszędobylski. Znali go mieszkańcy miasteczka. Wychodził z domu na samotne spacery, a jeśli chciał wrócić często ktoś odzywał się w domofonie - "Państwa pies czeka". Wiedział, gdzie pójść, by dostać coś dobrego, które zakątki omijać (np. okolice przychodni weterynaryjnej). Wędrował z nami wiele kilometrów, gonił, gdy zjeżdżałyśmy z górek na sankach, po prostu z nami był. Pokochał malutkiego kociego szkraba przyniesionego do domu przez siostrę i wychował jak swojego - podnosił kocinkę, gdy rozjeżdżały jej się łapki przed miską, nauczył jak szczekać na ptaki i jak spać na wersalce pani, żeby było najwygodniej. Umarł niespodziewanie na serce.


Do jakimś czasie do domu, a właściwie do Rodziców, bo my już mieszkałyśmy poza domem, trafiła Ciri wyłowiona wraz z workiem z jeziora. Piękna, czarna, mądra, kochająca. Pilnowała swojego, cieszyła się naszymi przyjażdami, uwielbiała biegać za rowerem, a w późniejszym wieku jeździć samochodem. Rozstaliśmy się z nią w tym roku, niedawno.



Choć mieszkają z nami koty tęsknię za obecnością psa. Uśmiecham się szeroko do każdego mijanego na spacerze, śledzę fora, strony, czy facebookowe profile fundacji pomagającym psom i obiecuję sobie, że kiedyś, gdy tylko będziemy mogli, zaprosimy do naszego domu psa.

W Dniu Psa życzę wszystkim psom kochających ludzi, wygodnych legowisk i pełnych brzuchów. A Wam, którzy towarzyszycie psom, pozostaje mi powiedzieć - Cieszcie się ich obecnością!


P.S. Podróżującym z psami polecam akcję "Wystaw miskę".

30 czerwca 2013

Kto z nami mieszka?

Obecność kotów dobrze nam robi. Uśmiechamy się patrząc na ich zabawy, motywują nas do tego, byśmy zadbali o zawartość ich misek i czystość kuwet, a tym samym o swoją kondycję, sprawiają, że głaszcząc je czujemy się odprężeni, a gdy potrzebują aktywności fizycznej sprawiają, że gramy z nimi w piłkę, podrzucamy zabawki, uciekamy ze sznurkiem.

Traktujemy koty jak dzieci. Niewielkie rozmiarowo, sympatyczne stworzenia, które - gdy tylko chcą - zakomunikują nam wszystko na czym im zależy. Puchate, wszędobylskie, czasami rozgadane i szukające w naszych ramionach pociechy i serdeczności.

Rzadko myślimy o tym, że w domu mamy dorosłe osobniki mięsożernych ssaków drapieżnych. O tym, że kot, który przychodzi się przytulać i ugniatać naszą poduszkę przed snem, jest solidnie wyposażony w narzędzia służące zdobywaniu pokarmu i obronie.

Nasze koty nie lubia obcych. Nie, źle napisałam - nasze koty nie lubią tych, którzy nie są nami. Każdy z naszych kotów syczy, stroszy się, warczy, atakuje ludzi innych niż Z. i ja*. Oczywiście, unikają obcych, ale jeśli taki obcy łazi za kotem krok w krok, to koty zaczynają od syków. Nierozsądny człowiek dalej wędruje za kotem próbując go głaskać lub brać na ręce i wówczas może nastąpić atak. Zwykła rzecz - my również, gdy ktoś jest namolny mamy ochotę wrzasnąć na niego, odgonić, a gdy nie wiemy jaki może być efekt tej namolności robimy się agresywni ze strachu, prawda? 

Nie zauważam drapieżności kotów w stosunku do nas. Zauważam ją, gdy pies z sąsiedniego balkonu przekłada nos przez siatkę na nasz balkon, a Nusia przypominająca mityczne Furie, demonstruje, że psi nos nie jest mile widziany po jej stronie siatki. Zauważam, gdy Wojtek o 3 rano na wysokości połowy drzwi balkonowych jednym capnięciem zębów łapie ćmę i zajada ją ze smakiem zanim zdołam otworzyć usta, by coś powiedzieć. Zauważam wściekły gulgot w gardle Sisi, do której ręce wyciągają nieuświadomieni jeszcze goście. I wówczas, gdy Gusia oburzona wizytą u doktora, próbuje go złapać wysuniętymi pazurami przez drzwiczki transportera warcząc całą sobą. Nawet, u spokojnej zazwyczaj Duszki, dostrzec można dzikość - to w chwilach, w których Wojtek próbuje zachęcić ją do zabawy skacząc jej na plecy.

Koty to nie dzieci. Koty to drapieżne stworzenia, które ofiarowują ludziom swoje towarzystwo. Doceńmy ich obecność...

* Jedynie Gusia robi wyjątek dla osób z naszej najbliższej rodziny i zaszczyca je leżeniem na ich kolanach. Muszą siedzieć bez ruchu i delikatnie ją głaskać; wszelkie inne czynności kwituje zniecierpliwieniem.

23 czerwca 2013

Odwiedziny i ucieczka przed upałem

W poprzedni czwartek, tuż po 3, odprowadzana lekko zdumionymim, a mocniej zniesmaczonymi spojrzeniami kotów, wywędrowałam z domu. Tramwaj, w którym niewiele było wolnych miejsc siedzacych, podwiózł mnie w pobliże dworca PKP, skąd - z wieloma przesiadkami, ale bez najmniejszych kłopotów - dotrzeć miałam do Domu Rodzinnego, Domu, w Którym Mieszka Kawka oraz Domu, w Którym Nie Ma Już Ciri. Już na początku podróży plany wzięły w łeb, bo pierwszy pociąg spóźnił się o godzinę. Nie o tym jednak ma być ta notka, choć uważam za konieczne wspomnienie tu o tym, że kocham polskie koleje, bo tylko w nich można przeżyć taką przygodę i tylko w nich zdarzyć się może, abym bez żadnych dopłat i wstrętów podróżowała w rodzinne strony przez Olsztyn, mimo, że wg biletu podróżować miałam przez Białystok.

Kawka niewiele zmieniła się od ubiegłego roku, kiedy to ostatnio ją widziałam. Nadal jest zbyt gruba (waży 9 kg). Za to charakter ma tak - jak dawniej - silny i uroczy jednocześnie. Pozwala się głaskać, ale na swoich zasadach. Jada tylko suche, innym gardzi. Wyraźnie daje znać o tym, że teraz to należy się ruszyć i pobawić z kotkiem myszką. No i  - uwaga, uwaga - spotkało mnie szczęście i spała koło mnie. Kawka od pewnego czas jest kotem bywającym na działce. Ostrożnie ogląda wszelkie zakamarki, idzie zwiedzić działkę sąsiadów i gdy tylko słyszy nadjeżdżającą na rowerze sąsiadkę zmyka na swoje włości. Ze szczególnym upodobaniem odpoczywa pod krzakiem malin, pod którym uwialbiała leżeć Ciri. Pojawił się pomysł, abym się tak też położyła, by dociec tajemniczych właściwości owego skrawka ziemi, ale mokro było i nie chciałam się ubłocić. Choć może było warto? Zmęczona spacerami Kawka wchodzi do koszyka i czeka na zaniesienie do auta. Ideał nie kot:-)






Dwa dni spędziłam na zupełnym bezkociu, ale próbowałam się pocieszyć kumkającymi żabami i grającym przepięknie pasikonikami. Moja cierpliwość została nagrodzona i na leśnej ścieżce zaprezentował się nam lis oraz motylek.



Gdy wróciłam do domu okazało się, że kociokwiki nawet nie są jakoś specjalnie obrażone. Obejrzały dokładnie, co przywiozłam, wywąchały wszelkie czosnki, cebule i rabarbary, by zaraz po zgaszeniu światła ułożyć się gdzieś w pobliżu (nie "na", bo było zbyt ciepło) i umozliwić mi współposapywanie przez sen.

Chroniąc się przed upałami koty zajmują pozycje, ich zdaniem, najadekwatniejsze:






Podczas porządków wystawiliśmy drapak na balkon. Jeśli jeszcze nie widzieliście pełni szczęścia - zobaczcie:



P.S. Wciąż nie rozumiem jak można zostawić psa przed sklepem. Ciekawe, czy te same osoby zostawiają samochody z kluczykami w stacyjce i szeroko otwartymi drzwiami.