22 lipca 2014

Ploteczki

Koty odmówiły dziś uczestnictwa w życiu. Owszem rano chętnie towarzyszyły mi podczas sprzątania, włażąc wszędzie tam, gdzie nie powinny, ale popołudniu zmęczone nadzorowaniem porządków, zasnęły. Gusia wyłamała się z atrakcji życia domowego wcześniej, wsadzona przed 9 - na swoją wyraźną prośbę - do szafy, między zmiany pościeli, opuściła kryjówkę dopiero koło 17. I to tylko dlatego, że namówiłam ją na jedzenie;-)

Do kotów oczywiście dołączyła i Sara, która spała tak smacznie, że aż nie chciało jej się sprawdzać, co robię i czy przypadkiem nie karmię kotów.

Na wieczornym spacerze była już ożywiona. Szczególnie jednak na wybiegu, gdzie spotkałałyśmy wilczaka czechosłowackiego, pieska wyżłopodobnego, który zaczepiał wszystkich i Sara musiała mu wyjaśniać, że tak się nie robi, oraz haskiego, który pozazdrościł Sarze patyków i sam też leżał i gryzł:-)

Zbliża się pora spania, zwierzyniec nakarmiony układa się w ulubionych miejscach. Jeszcze tylko sprawdzić, czy nie ma nikogo na balkonie, poczęstować Sisi tabletką i można iść spać :-) Dobrze, że mam urlop:-D

P.S. Nakrzyczała na mnie dziś jedna pani. Krzyczała w chwili, w której jej pies napadł na Sarę. A krzyczała, bo skoro widzę, że ona jest na tej ścieżce ze swoim psem, to dlaczego ja idę tą samą ścieżką, zamiast gdzieś skręcić? Położę to na karb upału...

20 lipca 2014

Jeśli poprzednio wydawało mi się, że jest upał...

... to nie wiem, co powiedzieć teraz. W mieszkaniu, w którym zazwyczaj panuje temperatura zbliżona do 19 stopni, szaleje 25-26 stopni. Termometr zewnętrzny, który w pełnym słońcu jest tylko do godziny 9 rano, i na który boimy się spoglądać, pokazuje od 27 do 40 stopni. Koty śpią na okrągło i nie chodzi tu tylko o czas, ale także o przyjmowane do spania pozycje. Pies wyspacerowany został już przed 8 rano, a w dzień wyszła tylko na krótki spacerek. Resztę czasu śpi, zajada się ze mną wiśniami, śliwkami, kalafiorem i chrupie - już beze mnie - marchewkę.

Drapak, jak widać, służy nie tylko do drapania. Wojtek w nim sypia, Gusia uwielbia tarzać się na plecach, Nusia zza ramienia spogląda lekceważąco na Sarę, a Sisi - w pozycji na kokoszę - omiata dom spojrzeniem pełnym wzgardy dla ludzkich słabości.



Jak sobie radzicie z wysokimi temperaturami?

P.S. Dojrzałam do zmiany szablonu (albo chociaż nagłówka), może macie jakieś podpowiedzi, żeby było ładnie i czytelnie?

P.S.2. TUTAJ zrobiłam bazarek na rzecz Lajli z guzem na śledzionie. Może coś Was zainteresuje.

5 lipca 2014

Sobotnie porządki...

... zaczęliśmy od robienia bałaganu. Co w naszym wypadku oznacza czesanie pięciu zwierzaków i obcinanie pazurków czterem.

Na pierwszy ogień poszła Sara. Bo wiadomo, że jeśli nawet robi się z psem coś za czym pies nie przepada, to i tak on musi być pierwszy. Najpierwszy, przed innymi (vide: Boni i Raptor kłócą się o czesanie). Nadstawiła jeden bok, łaskawie pozwoliła poczesać ogon, a do czesania drugiego musiałam ją namówić, układając według moich potrzeb. Z Sary wyczesałam sierść wielkości średnich rozmiarów kota.

Kolejnym czesanym zwierzakiem była Sisi. Akurat miała życzenie, aby wpuścić ja do garderoby i podsadzić do szafki z obrusami, więc owszem wpuściłam do garderoby, a później niecnie posadziłam ją sobie na kolanach i pozbawiłam nadmiaru sierści. W połowie zaczęła się awanturować, marudzić, ale stosując argumentację - "Jeśli ja tego nie wyczeszę, ty będziesz musiała wylizać", udało mi się osiągnąć cel. Oczywiście, na koniec podsadziłam Sisi do szafki:-)

Zamknąwszy Sarę w pokoju z kociastymi i TŻ zawędrowałam do sypialni, gdzie pod kołdrą i kapą odpoczywał Wojtek. O dziwo, obcinanie pazurków odbyło się bez kłopotów, Wojtuś leniwie burczał, a czesanie - cóż... Nasze chłopczydełko jest tak chudziutkie, i ma tak "obcisłą" skórę, że niewiele było do wyczesywania.

Czesanie i obcinanie pazurków Gusi i Nusi wymagało ode mnie wyższego poziomu logistyki. Musiałam odseparować psa i zaczarować koty, żeby nie wydawały gniewnych dźwięków. Gusia protestowała tylko przy obcinaniu pazurków. Czesanie lubi, więc ułożyła się wygodnie i tylko co jakiś czas odwracała łepetynke, by sprawdzić, czy nie zamierzam przerwać. Z Nusią, jak zwykle, trzeba było zdecydowanie i nieco na siłę. Zaczęłam od pazurków i musiałam zrobić ze dwie przerwy, bo Nusia nagle próbowała przypominać węża, a gdy udaremniłam te zamiary, zaczęła prychać na mnie i próbować ugryźć. Z czesaniem było o niebo łatwiej. Nie tak idealnie jak z Gusią, ale względnie dobrze.

Teraz - po wypełnieniu niewielkiego kosza na śmieci sierścią zwierzęcych domowników - możemy przystąpić do sprzątania. Jasne bowiem jest, że nie wszystką sierść udało się zebrać, mnóstwo unosi się w powietrzu...

3 lipca 2014

Kilka słów

11 czerwca miałam napisać o tym, że mija 6 rok Nusi z nami. Jednak, gdy wracałam z pracy dostałam wiadomość, że zmarł mój Tata. Wrzuciłam do auta torbę z nieadekwatnie dobranymi ubraniami, na tylne siedzenie zaprosiłam Sarę i pojechałyśmy do rodzinnego miasta.

Po kilku dniach ustalił się spokojny rytm - wczesna pobudka, spacer, jakieś sprawy, które jako że stricte ludzkie wymagały zostawienia psa w domu, kawa w południe, południowy spacer, obiad, znów jakieś sprawy, wieczorny spacer i sen. Rytm i spokojny, ale i angażujący - nie było zbyt wiele czasu na komputer, książki. Może to i dobrze? [bliższe informacje i zdjęcia na blogu Malamucie opowieści]. Ach, Sara po powrocie ważyła 33 kg, czyli tylko o pół kilo więcej niż, gdy ważyłam ją na Mazurach.

W tym czasie koty w towarzystwie Z. odżywały. Jedzenie w miskach mogło stać ile chciało, ganianie można było uskuteczniać bez obaw, że dołączy się do niego pies. Słowem - pełen, nie zapsiony relaks.

Po powrocie, chyba z rozpędu, spacerowałyśmy z Sarą nadal dużo. Co więcej, w niedzielne popołudnie, umówiliśmy się na malamuci spacer. 

 
 
Wracam do pourlopowej codzienności. Koty śpią z nami, pies budzi mnie lizaniem po twarzy, gdy koty w nocy chcą jeść i jest dobrze, domowo.

9 czerwca 2014

Pięknoty

Zrobiło się upalnie. Zwierzyniec głównie śpi i ożywia się nocą. Mimo palącego słońca Gusia wygrzewa brzuch, Wojtek z Nusią czekają do wieczora, by polować na muszki, a Sisi jako Główna Dama Dworu bywa to tu, to tam, poruszając się krokiem dostojnym i nie wykazując nadmiernej ekscytacji. Ekscytację za to - mimo wysokich temperatur - wykazuje Sara; wiecznie głodna, śledzi każdy nasz gest i nie gardzop także truskawkami.

W weekend spały, polegiwały, mruczały sennie. Aż trudno było nie spać z nimi...






A w zaprzyjaźnionym Domu Tymczasowym na swoje domy stałe czeka pięć kociąt:



28 maja 2014

Czas czułości

Zdumiewa nas czasami więź jaka powstała między Nusią i Wojtkiem. Obydwoje dorośli, wciąż mają dni kiedy się do siebie czulą, wzajemnie myją sobie uszy, czyszczą ślepka i ogólnie okazują sobie wiele uczuć.











P.S. Na ostatnim zdjęciu za plecami Wojtka widać ucho śpiącej mamutki;-)

17 maja 2014

Wojtuś i samochody

Dwa lata temu, podobnie jak w tym roku, weekend spędzałam w pracy. Trwały targi motoryzacyjne, hala pachniała spalinami, a koleżanka odwiedzająca targi powiedziała "W schronisku siedzi w klatce i płacze koci maleńtas. Weźmiecie go na tymczas, czy my mamy wziąć?"

Przez kilka godzin naradzaliśmy się z TŻ i efekt tego zastanawiania był taki, że wracając z pracy zajechaliśmy do schroniska. Do płóciennego woreczka (podobnego do szkolnych, na buty) włożyliśmy rezolutnego kocurka i ruszyliśmy w stronę domu.

Imię nadaliśmy mu następnego dnia. Ale jeszcze tego samego, w którym go przywieźliśmy obserwowaliśmy jak dzielnie sobie radzi.

Wielką miłością Wojtka okazał się być drapak. Do dziś jest to ulubione miejsce kocich szaleństw i kociego snu. A gdy był mały na drapaku ćwiczył akrobatykę: 
 mordowanie wrogów
 gryzienie
 oraz udawanie zmęczonego kotka.
 Zdarzały mu się jednak i takie chwile, w których z dużym zainteresowaniem przypatrywał się ludziom:
Wyniańczony przez Ciocię Nusię, rozpieszczony przez nas (wszak jest jedynym chłopczydełkiem w naszym zwierzyńcu) jest kotem dużych rozmiarów i niebywale chudym. Sprytny, o dużej inteligencji, choć jednocześnie nieco lękliwy i ostrożny. Mimo owej lękliwości najbardziej skumplowany z psem, do dziś pozostaje w wielkiej przyjaźni z Nusią, która go przytula i myje. Zdarza się nawet, że i Sisi maźnie Wojtulka jęzorem, jakby chcąc przekazać, że jest jej:-)


Panu Doktorowi, który oglądając Wojtka przy okazji jednych z pierwszych szczepień wyszeptał kotu (na tyle głośno, abyśmy i my usłyszeli) "Też bym cię nie oddał", dziękujemy:-) Dzięki temu, że Wojtek z nami został, mamy o wiele bogatsze życie.

19 kwietnia 2014

Czasami trudno uwierzyć...

Kiedy Zuzanna latem odwiedziła mnie w pracy i pokazała w niewielkim, podobnym z kolorystyki i rozmiaru do zabawki, transporterku swojego nowego tymczasa aż trudno było uwierzyć, że to taki maleńtas. Miał ranę na głowie i uszku, przepiękne ubarwienie i duży strach w oczach.

Nie pamiętam kiedy zobaczyłam Jerzyka, wraz z towarzyszącą mu Szczawinką, kolejny raz. Być może dopiero 10 września kiedy kociaki trafiły do nas na czas wakacyjnego wyjazdu swoich Dużych do nas. Szczawinka pierwsza nas sobie oswoiła - Jerzyk wolał przyglądać się z boku i dopiero upewniwszy się, że nic mu z naszej strony nie grozi odważył się do nas przytulać.

Malańtasami zajęła się Nusia, choć tak naprawdę najszczęśliwsze były same ze sobą. Ganiały się, odkrywały nowe zapachy, dźwięki spacerując po rozświetlonym słońcem balkonie, odwiedzały nowe dla nich miejsca, polowały na siebie na drapaku. 

Kibicowaliśmy wzrastaniu kotków i szukaniu im domu stałego. Gdy już zaszczepione, wysterylizowane, po 7 miesiącach spędzonych w domu tymczasowym znalazły wspólny dom, to mimo, że było nam smutno, że już ich nie zobaczymy, cieszyliśmy się, bo trafiły do dobrego domu, troskliwego, opiekuńczego, po prostu najlepszego (zaraz po domu Zuzanny, rzecz jasna).

Tym trudniej było nam przyjąć informację o chorobie Jerzyka. W pierwszym momencie myśleliśmy, że to może infekcja, coś do wyleczenia. Ale później dowiedzieliśmy się, że weterynarz podejrzewa FIP. A później... Później już Jerzyk nam zmarł. Zmarł Zuzannie, swojej nowej pani, ale i nam.


P.S. Zuzanna prosiła, żeby nie składać kondolencji.

15 kwietnia 2014

Odkurzam bloga...

gdyż zakurzył się okrutnie. Czas jakiś temu podjęłam decyzję o tym, by zmienić dział w pracy. Obowiązki inne, codziennie uczę się czegoś nowego, a bywa i tak, że pracuję częściej niż dotychczas. Nie piszę tego, by się skarżyć, ale po to być choć trochę wyjaśnić owo zakurzenie bloga.

Zwierzęca codzienność pookładała się na tyle, że koty akceptują psa, a pies koty. Wojtuś nosi na plecach namiocik, a Sara przygląda mu się ze zdumieniem. Nusia urządza pokabrzuszki, czy burczenia tuż przed Sarenkowym nosem. Gusia śpi na mnie, a zbliżającą się Sarę ostrzega syczeniem. Owszem, koty pewnie wolałyby żeby psa nie było, ale nie jest też tak, że dają nam do zrozumienia, że psa sobie nie życzą.

Zaczął się sezon balkonowy w pełni. Weekend na szczęście zaszczycił nas ładną pogodą i kociaste, a osobliwie Gusia, zaległy na szafkach łapiąc promienie słońca. Sara z ciepła zadowolona była nieco mniej, ale nieco pozwoliłam jej się zmoczyć w parkowej sadzawce, więc wytrwała. Nawet trochę biegałyśmy :-)

Niecierpliwie czekam do Wielkanocy - będzie kilka wolnych dni na to, by pocieszyć się zwierzakami.

Zdjęcia z jakiegoś wcześniejszego weekendu - zrobione przez Ciocię Z; dziękujemy. Na zdjęciach widać haszczory, które często spotykamy podczas parkowych spacerów. I Sarę :-)







P.S. Do dziś, gdy wpisuję słowa kluczowe w opisie wpisu na blogu, mam chęć kliknąć "Duszka".

21 marca 2014

Porozumienie ponad miskami

Od trzech - czterech tygodni około 4 (a w wyjątkowych sytuacjach - 5) Sisi budzi mnie drapaniem w wielkie lustro wiszące w przedpokoju. Ona drapie, a reszta kotków spogląda w moją stronę kontrolnie, by sprawdzać na ile drapanie przynosi efekt oczekiwany, czyli, czy już podnoszę się z łóżka. 

Od wczoraj przy lustrze stoi suszarka z praniem, co znacznie ogranicza możliwość Sisulowych manewrów. I co zrobiły dziś kotki? Dogadały się z Sarą. Bo jakże inaczej wyjaśnić to, że kilka minut przed piątą z barwnego i intensywnego snu wyrwał mnie psi jęzor na twarzy? Za nim wydobyłam się ze snu i zorientowałam czemu mam mokrą twarz, Sara zdążyła mnie wylizać nawet po powiekach. Pogłaskałam ją myśląc, że nagle obudziła się w niej potrzeba czułości i zasnęłam ponownie. Na 5 minut. Po ich upływie ponownie poczułam psi jęzor na twarzy, a gdy zdecydowałam się podnieść, ujrzałam wszystkie kotki spoglądające z nadzieją w moją stronę. Sara, jak to zwykle bywa podczas porannego karmienia kotów, została w sypialni za zamkniętymi drzwiami, a Kociaste pobiegły do misek.

Czy możemy już uznać, że zwierzaki zaakceptowały się wzajemnie i na 100%?

17 marca 2014

Spryciarze

Czas jakiś temu dostaliśmy zabawkę. Nie, nie dla nas - dla naszych zwierzątek. Po długiej i szczegółowej korespondencji, podczas której szukałam z przedstawicielką sklepu NaszeZoo.pl zabawki godnej uwagi zarówno Kociastych, jak i Sary, wybór padł na Flip Board, grę strategiczną dla psa. 
[źródło zdjęcia: http://www.naszezoo.pl/pl/p/Gra-strategiczna-dla-psa-Flip-Board/129]

I powiem Wam, że trudno byłoby wybrać lepiej:-)

Z Sarą ćwiczyliśmy w domu i na dworze. Byliśmy na spacerze dość wcześnie, więc nie zgromadziliśmy tłumu gapiów wokoło, ale już widzę, że będzie to wabik na głaskaczy podczas wiosenno-letnich spacerów :-)

Piesce najłatwiej przyszło nauczenie się przesuwania elementów, pod którymi schowaliśmy smakołyki. Resztę elementów opanowała, moim zdaniem, lekko licząc na przypadek i siłę. Zobaczcie:



Najzabawniej wyglądały te momenty, w których Sara próbowała lizaniem podnieść klapki, które w zamyśle producentów zabawki podnoszone są dźwignią w kształcie kości. Co więcej - czasami lizanie przynosiło pożądany skutek.

Z kotami ćwiczyłam wieczorem, po kolacji, gdy Z. i Sara wyszli na spacer. Skutkiem tego na filmach widać tylko Wojtka - jako głównego bohatera - i ciekawską Nusię. Sisi popatrzyła na mnie jak na wariatkę wyraźnie sygnalizując, że ona wie, iż mam w dłoni schowaną oliwkę i nie zamierza taranować jakiegoś urządzenia, by tę oliwkę z niego wydobyć. Jej się należy ta z dłoni. Gusia natomiast, jako kotka bardzo przepisowa, od razu po kolacji i zagrzebaniu wszystkich misek, myje się i idzie spać do koszyczka. Nie wykazała chęci współpracy (ale jeszcze będziemy testowali).

Nusia nie miała nastroju do poszukiwań. Ocierała się, burczała niczym solidnej konstrukcji traktor i nie wykazywała chęci do zabawy. Mam wrażenie, że z budzącą się wiosną w Nusi budzi się czułość i gwałtowna potrzeba zaopiekowania się jakimś małym kotem.



A co do Wojtka... Wojtek pokazał klasę i sprawił, że zobaczyłam w nim wreszcie dużego, dorosłego i sprytnego kota. Dotychczas wciąż postrzegałam go jako małego głuptaska, który pogoni za wszystkim. Teraz wiem, że jest kotem ciekawym świata i musimy się nieźle nagimnastykować, by zapewnić mu odpowiednią stymulację intelektualną. 



Przyznacie, że doskonała zabawa - nie tylko dla Kociastych i Sary, ale i dla nas. Dziękujemy sklepowi NaszeZOO.pl za zabawkę:-)

P.S. Resztę filmów możecie obejrzeć TUTAJ.

7 marca 2014

Trudno wrócić do pisania po przerwie. I to taaakiej przerwie:-)

Pamiętacie - wspominałam czas jakiś temu o sesji zdjęciowej, w której Sisi i Gusia promowały nowe typy drapaków. Niedawno dostałam zdjęcia i nieustająco się nimi zachwycam:-) Gusi bardzo spodobał się większy, okrągły drapak. Tak bardzo, że gdy zaproponowałam fotografowi zmianę drapaka, to Gusia się obraziła i schowała za płytami wysłaniającymi. Z tego też powodu na drugim drapaku prezentuje się tylko Sisi. Przyznacie, że prezentuje się uroczo? Na plus panu fotografowi należy przyznać to, że był pieczołowicie przygotowany - hojnie posypywał kocimiętką drapaki, doskonale zabezpieczył wszelkie wyjścia ze studia fotograficznego, itp. Od chwili sesji w naszym domu króluje nowy drapak i wszystkie koty chętnie z niego korzystają. Jest na tyle stabilny, że i nam zdarza się na nim przysiąść.









22 lutego, bardzo wcześnie, bo kilka godzin przed świtem, wyruszyłyśmy z Sarą w długą podróż na Mazury. Nie uprzedziłam Rodziców, bo nie chciałam, żeby się martwili - umówiłam się tylko z Siostrą na wspólny spacer i kawę w Warszawie. Szaszka szalała z radości, Sara wykazała umiarkowane zainteresowanie, a na ich dwóch można przeprowadzać szkolenia pt. " Czym różni się husky od malamuta?".


Podpatrzyłam jak wyglądają maty zabezpieczająco-podróżne, poświęciłam koc i Sarka miała miękko i wygodnie. Jak widzicie - jechała przypięta do pasów bezpieczeństwa. Pieska głównie spała, choć były chwile, w których coś ją zainteresowało na tyle, by wyglądać za okno. Oczywiście zatrzymywałyśmy się po drodze kilka razy, na krótsze i dłuższe spacery.


Pierwszy poranek spędziłyśmy wędrując wzdłuż wody. Sara była zafascynowana szronem, wodą, kaczkami, nowymi zapachami. 


Sara idealnie zidentyfikowała Mamę, jako osobę, która rządzi Domem i Kuchnią. Podczas posiłków wpatrywała się w Mamę miłosnym wzrokiem, a kuchnię opuszczała tylko wtedy, gdy opuszczała ją Mama. 


Najdłuższy spacer urządziłyśmy sobie pewnego wieczoru - zamarzyło mi się, że powędrujemy nową promenadą, którą jeszcze nie miałam okazji iść. Szłyśmy, biegłyśmy i obydwie byłyśmy bardzo szczęśliwe.


Codziennie byłyśmy w lesie i nad jeziorem. W lasach Sara węszyła, szukała, chłonęła świat węchem. Na zamarznięte jeziora patrzyła bez zainteresowania. Mam nadzieję, że uda się nam przyjechać też latem i będziemy wspólnie pływać.






Wczoraj okazało się, że z Mazur Sara przywiozła nieproszonego gościa - Z. wyciągnął wczoraj z psiego karku kleszcza. Mam nadzieję, że to jedyna niemiła niespodzianka, a kleszcz nie był nosicielem choroby. Na wszelki wypadek obserwujemy zachowanie Sary i wkrótce założymy jej obrożę.

Podczas wyjazdu znalazłam dom, w którym - o czym jestem przekonana - żyłoby się nam wszystkim długo i szczęśliwie. Myślimy o nim intensywnie. Wy też pomyślcie, proszę, może się nam spełni:-)